Berlinale 2020: Bez komputerów

Data:
Ocena recenzenta: 6/10

Tegoroczna edycja Berlinale ma duże szanse wyróżnić się na tle pozostałych. I nie chodzi wyłącznie o fakt, że to już 70. festiwal nad Sprewą, ale o nowego dyrektora artystycznego. Dietera Kosslicka, po ponad 18 latach urzędowania, zastąpił Carlo Chatrian, który już w Locarno udowodnił, że ma inny pomysł na kino. Festiwalowe trzęsienie ziemi widać w pojawieniu się nowej sekcji konkursowej i likwidacji kina kulinarnego, ale nie w filmie otwarcia. Tak jak w zeszłym roku imprezę inauguruje anglojęzyczna produkcja sprawiająca, że liczba gwiazd na czerwonym dywanie będzie się zgadzać. My Salinger Year to film sympatyczny i nie pozbawiony uroku, ale nie dorastający ani do rangi festiwalu, ani do poziomu politycznego zaangażowania, którym do tej pory się szczycił.

Reżyser Philippe Falardeau zabiera widzów w głębokie lata dziewięćdziesiąte. Kiedy ciągle czytano książki, komputery wciąż raczkowały, a agenci literaccy poza umawianiem się na obiady z autorami zatrudniali całe sztaby ludzi, wszak ktoś musiał zajmować się niezbędnymi i zbędnymi papierami. Do takiego biura, które mogłoby równie dobrze działać w latach 50., trafia główna bohaterka Joanna Rakoff. Jak się szybko orientuje jej szefowa i pozostali pracownicy zajmują się nie tylko szukaniem wydawców dla autorów, ale też reprezentują J. D. Salingera – legendarnego pisarza, który od dekad nie kontaktuje się ze światem. Joannie przypada odpowiadanie na listy od fanów, a te przychodzą bez przerwy, w końcu Buszujący w zbożu nawet dziś się nie zestarzał. Od trzech dziesięcioleci kolejne asystentki wysyłają te same nic nie znaczące formuły głoszące, że autor nie odpowiada na wiadomości od fanów. Równocześnie Joanna układa sobie na nowo życie prywatne. Związuje się z aspirującym pisarzem, szuka swojego miejsca w wymarzonym Nowym Jorku, mieście, gdzie podobno wszyscy wiodą ciekawe życie. Jej naiwne podejście do metropolii i literackiej kariery zwykle się broni. To w końcu adaptacja autobiograficznej powieści i trudno wymagać od młodej idealistki ponuractwa. Gorzej, kiedy zostaje podkręcone przez reżysera. Falardeau zbyt mocno wierzy filmowym nowojorskim kliszom. Po dekadach mitologizowania i odbrązawiania tego miasta pokazywanie, że mieszkanie jest tanie, bo tuż obok przejeżdżają pociągi stało się karykaturalne.

Na szczęście w My Salinger Year mniej nowojorskich obrazków, a więcej głównej bohaterki. Na pewno sporą wartością jest to, że portretuje kobiece środowisko. Wielkim autorem pozostaje mężczyzna, ale obsługuje go zespół, w którym kluczową rolę odgrywają kobiety. Joanna i jej szefowa Margaret zaczynają swoją relację w dynamice duetu bohaterek Diabeł ubiera się u Prady, jednak aktorskie temperamenty Margaret Qualley i Sigourney Weaver prowadzą je w innym kierunku. Gwiazda Obcego z jednej strony doskonale odnajduje się w roli twardej kobiety, poskramiaczki pisarzy i ksenomorfów, która jednocześnie jest krucha i jej słabość robi wtedy naprawdę mocne wrażenie. Pozytywnym zaskoczeniem okazała się odtwórczyni głównej roli. Qualley do tej pory najbardziej była znana chyba z Death stranding, czyli gry wideo. Niby samego Hideo Kojimy, ale jednak to dokonanie w medium innym niż film. Młodej aktorce udaje się być uroczą, nieco naiwną dziewczyną, ale przy tym jej postać nie jest jednowymiarowa. Joanna w czasie akcji zmienia się, ale jej temperament pozostaje taki sam, co bardzo dobrze udało się oddać. Reszta obsady dzielnie trzyma poziom, jednak nikt nawet przez moment nie ukrywa, że są tu tylko dwie solistki. Świetnie pokazuje to tytułowy J. D. Salinger, który jest głosem i ciałem bez twarzy. Widzowie nigdy jej nie widzą, trochę tak jak starotestamentowego Boga, którego oblicze zawsze pozostaje tajemnicą. Wątpliwości nie poddaje się jego obecności, jednak prawdziwy dramat  zawsze rozgrywa się między innymi aktorami.

Falardeau bardzo mocno pracuje na nostalgii. Z jednej strony to urocze – przynajmniej w kinie można zobaczyć czasy, w których wybranie się w czasie pracy na lunch z koleżanką było czymś codziennym; szukając zatrudnienia można trafić do środowiska, gdzie wszyscy się znają i cenią, no i jeszcze rozmowę kwalifikacyjną prowadzi szefowa, a nie dział HR pytający o to „jakim drzewem jesteś?”. To obusieczny miecz My Salinger Year staje się filmową przytulanką tracąc gdzieś krytyczny wymiar. W marzeniach o byciu wielką nowojorską pisarką nie ma nic złego, kiedy jednak zderzają się z rzeczywistością warto to rzetelnie pokazać, a nie wypierać. Nawet kosztem komfortu widza.