Boczny nurt

Data:
Ocena recenzenta: 4/10

Przedstawicielka filmowego rodu, który zdobył więcej liczących się nagród niż polska kinematografia w całej swojej historii wieszczy śmierć kina. Fabuła Mainstreamu Gii Coppoli pokazuje koniec tego medium i triumf nowych, cyfrowych form wizualnych. W teorii, w praktyce to obraz zaskakująco konserwatywny.

Frankie nie może oderwać się od telefonu, nie tylko odbiera obrazowy szum, ale też go tworzy, wrzuca krótkie filmiki, które nagrywa w wolnym czasie. To nie praca, to tylko próba ekspresji. Jej wideo nie cieszy się żadną popularnością, do czasu aż w centrum handlowym spotyka Linka, chłopaka w stroju szczura rozdającego próbki sera. Ten chcąc jej zaimponować zdejmuje ze ściany reprodukcję Kandinsky’ego i wygłasza płomienną przemowę, której głównym hasłem jest “Jedzcie sztukę!”. Chłopak traci pracę, ale dla Frankie to spotkanie staje się nowym otwarciem. Po raz pierwszy sypią się wyświetlenia i komentarze, a ona zaczyna czuć, że jej twórczość ma sens. Kiedy przypadkiem spotyka Linka namawia go na współpracę. Do zespołu dołącza jeszcze kolega dziewczyny z normalnej pracy, baru z występami magików, który ma zająć się scenariuszem. Razem tworzą sieciową personę - Nikogo Szczególnego. Jego pierwszy występ to filmik parodiujący high life influencerów, który staje się viralem, z dnia na dzień czyniąc z niemal bezdomnego bożyszcze nastolatek.

Gia Coppola nakręciła Narodziny gwiazdy doby internetu, co wydaje się niepokojąco anachroniczne. Patrzy na nowe media z perspektywy kina i to nawet nie tego współczesnego. W początkowej części Mainstreamu znalazły się plansze z napisami, takie jak w niemym kinie. Format, który opracowują bohaterowie dla Nikogo Szczególnego - parodia teleturnieju, pachnie naftaliną. Bliżej mu do Potyczek Jerrye'go Springera, programu młodszego od reżyserki o całe cztery lata, niż do współczesnego internetu. Coppola nie rozumie wizualnych kodów funkcjonujących w sieci. Świetnie widać to w parodystycznym wideo Linka i spółki, które może by się jeszcze broniło w czasach, kiedy Myspace był u szczytu potęgi, a połowa stron po kliknięciu włączała muzykę. Samo wymiotowanie emoji, tak jest tu taka scena, nie czyni tego filmu bliższym kodom wizualnym współczesnego internetu. Fakt, że w Mainstreamie bycie sieciowym celebrytą wiąże się nierozerwalnie z koniecznością tworzenia filmu, który musi prezentować jakąś jakość jest staroświecki. Inaczej niż w "normalnym" internecie bohaterowie przede wszystkim tworzą content, a nie szyją personę z wizualnych skrawków. Dzięki reżyserce przenosimy się w wirtualne średniowiecze. Do czasów przed, już chyba świętej pamięci, Snapchatem i na pewno przed TikTokiem.

Rozczulające jest z jaką naiwnością podchodzi Coppola do tematu internetowego celebryctwa. Stawka jest tu wyłącznie psychologiczna. Miłość, budowanie społecznego statusu przez internetowe zasięgi - to najgłębiej jak jest w stanie spojrzeć. W internecie nie ma władzy, polityki, hierarchii. Jest trochę biznesu, ale on ogranicza się do utrzymywania zainteresowania widzów, czyli de facto tworzenia lepszych filmów. Po Cambridge Analytica i co najmniej kilku głośnych książkach opisujących mechanizmy działania mediów społecznościowych jest to obraz frustrująco impregnowany na rzeczywistość.

Jeśli związki z życiem nie są najmocniejszą stroną Mainstreamu, to może chociaż oferuje atrakcyjną fantazję? Otóż nie tym razem. Coppola miksuje motywy znane z innych amerykańskich filmów i układa je w dynamiczną acz nie do końca spójną całość. Spaja ją jedynie nadekspresyjne aktorstwo Andy'ego Garfielda, który gra tu bardzo podobną postać co w Tajemnicach Silver Lake, ale działającą półtora raza szybciej. Z kolei Frankie to chyba najgorszy typ hollywoodzkiej mimozy, która do życia potrzebuje mężczyzny. Maya Hawke idealnie wpisała się w tę rolę całkowicie bezbarwnej, nieciekawej dziewczyny. Mainstreamu nie ratuje nawet trójkąt miłosny, przewidywalny i mdły.

Coppola podjęła się ambitnego zadania, opowiedzenia historii o nowych mediach językiem starych. Wybrała drogę kurczowego trzymania się estetyk kina, nie przesuwając ich nawet o milimetr. Przydałaby się Mainstreamowi udana remediacja, skuteczne wrogie przejęcie internetowych kodów wizualnych na potrzeby filmu. Bez tego nie mamy do czynienia z głównym nurtem, a tylko że skansenem.