Ból i wrzask

Data:
Ocena recenzenta: 6/10

Walka z systemem to hasło wszystkich rewolucjonistów. Czy może ją podjąć dziecko? I to nie z powodów ideologicznych, a z samego faktu bycia sobą. Takie pytanie zadaje Nora Fingscheidt w swoim pełnometrażowym, wrzaskliwym i nieuczesanym debiucie.

Benni nie jest grzeczną dziewczynką. Dziewięciolatka wygląda jak stereotypowy blond aniołek z reklamy, ale niewiele jest w niej spokoju. Ma problemy z agresją, bije inne dzieci, wpada w szał, krzyczy. Nic nie jest w stanie jej uspokoić. Nie można nawet jej dotknąć. Stanowi zagrożenie dla siebie i innych, a system opieki społecznej nie jest w stanie sobie z nią poradzić. Matka nie chce nią się zajmować obawiając się kłopotów i złego wpływu jaki może wywierać na rodzeństwo. Każdy kolejny dom dziecka stara się jej jak najszybciej pozbyć dbając o dobrostan innych podopiecznych i kadry. Nawet szpital psychiatryczny się opiera, trochę z braku miejsc, trochę dlatego, że istnieje po to, aby leczyć, a nie by wychowywać. Widzowie obserwują ciągłą walkę o uczynienie z Benni modelowego dziecka, nawet jeżeli nie idealnego to przynajmniej potrafiącego żyć w społeczeństwie.

Radykalna obcość głównej bohaterki to chyba najciekawszy element filmu. Dziewczynka jest lekko psychologizowana, w pewnym momencie zasugerowana została trauma z przeszłości, jednak w żaden sposób nie zostało to pogłębione. Benni to istota odporna na próby zrozumienia, żyje w swoim świecie i każda próba wciągnięcia jej w ten, w którym powinna być, spotyka się ze zdecydowanym oporem. To współczesna Pippi Langstrump, która nie ma zamiaru robić tego co wszystkie inne dzieci. Jeżeli trzeba będzie obronić swoją osobność pięściami, zębami i krzykiem Benni się nie zawaha ani przez moment. Paradoks tej sytuacji polega na tym, że bohaterka jest wolna. Życie na własnych zasadach nigdy nie jest łatwe, zwłaszcza wtedy kiedy jest się dziewięciolatką, przeciwko której wytoczono najsroższe działa nowoczesnego ujarzmiania czyli szkołę i szpital.

Błąd systemu znajduje się gdzieś w połowie drogi między dokonaniami braci Dardenne, a twórczością Kena Loacha. Od tych pierwszych Fingscheidt bierze chłodny stosunek do bohatera, ale mimo wszystko nie potrafi pozbawić się emocjonalnego zaangażowania czym zbliża się do twórcy Kes. Podobnie jak Loacha interesuje ją system, który mimo dobrej woli wszystkich zaangażowanych prowadzi jedynie do większej niesprawiedliwości. Reżyserka na szczęście nie znajduje żadnych łatwych politycznych recept, jednak można zarzucić jej zbytnią naiwność. Wszyscy bohaterowie są dobrzy i żyją w najlepszym ze światów. Takie ujęcie zbliża film do filozoficznej powiastki, umysłowego ćwiczenia w stylu "co by było gdyby...". Na szczęście przed tą pułapką ratuje dziecięca aktorka obsadzona w głównej roli. Helena Zengel gra jakby kamery, reżyserki i całego tego filmowego światka w ogóle nie było. Ona po prostu staje się Benni, jest całkowicie przekonująca i to tylko dzięki niej Systemsprenger jest czymś więcej niż wprawką z kinowej socjologii. Prawda dziecięcego istnienia to najlepsze co obraz Fingscheidt ma do zaoferowania. Reżyserka potrafiła to wydobyć ze swojej podopiecznej, mogłaby jeszcze zadbać o odpowiedniejszą formalną oprawę.