Kwiaty japońskie

Data:
Ocena recenzenta: 2/10

Czy z filmu o sadomasochistycznym szkolnym romansie mogło wyjść cokolwiek dobrego? Zwłaszcza kiedy został przyprawiony czytaniem Baudelaire’a, mangową stylistyką, koszmarną długością i niezbyt dobrym aktorstwem? Kwiaty zła mógł uratować tylko cud, ale jak wiemy te rzadko się zdarzają.

Właściwą akcję Kwiatów zła otwiera straszny czyn głównego bohatera, czyli spontaniczna kradzież worka ze strojem sportowym dziewczyny, w której jest zadurzony. Takao zostaje zauważony przez koleżankę z klasy. Sawa wykorzystuje tę wiedzę do szantażu i prowadzenia własnej sadystycznej gry. Przez następne dwie godziny widzowie są zmuszeni śledzić wątłą akcję i przysłuchiwać się nigdy nie dobiegającym końca debatom kto jest lub nie jest zboczeńcem. Twórcy tego scenariusza raczej z de Sadem wiele wspólnego nie mają, ale bardzo by chcieli . Nie wiem czy to kwestia (mentalnego) wieku, ale nie sposób w żadną z przedstawionych w filmie relacji uwierzyć. To BDSM widziane przez gimnazjalistę i to co gorsza takiego o niezbyt bujnej wyobraźni. Zabawa z zaburzeniem chronologii też niewiele pomaga - w mniejszym stopniu intryguje, w większym irytuje powodując dodatkowe dłużyzny. 

Kwiaty zła nie sprawdzają się nawet jako głupawe kino rozrywkowe. Po prostu nie bawią, są przegadane, a właściwie przekrzyczane. Akcji w nich jak na lekarstwo, szaleństwa właściwie też. Nawet jeden animowany efekt specjalny tego nie zmienia. Rozpaczliwie szukając pozytywów nie da się nawet stwierdzić, że jest tak zły, że aż dobry. Wszystko zostało tu przestrzelone, od scenariusza po aktorstwo. Niestety nie wydaje się, aby twórcy celowali w to samo miejsce. Panuje nieopisany chaos, a film nie daje niczego, co usprawiedliwiałoby scenariuszowe i formalne bałaganiarstwo.

Najlepiej Kwiaty zła podsumowuje radość reżysera na widok pełnej sali. Kręcąc taki obraz faktycznie nie sposób było się tego spodziewać. Jego targetem są nastolatkowie o wyjątkowo złym guście i to nieco innym niż ci, dla których swoją taśmę produkcyjną uruchomił Marvel. Wydawało się, że subkultura emo umarła dawno temu, ale przetrwała w japońskiej wiecznej zmarzlinie i niespodziewanie zmartwychwstała. Wolałbym o tym nie wiedzieć.