Lenin za konsoletą

Data:
Ocena recenzenta: 7/10

Białoruska kinematografia dla polskiej widowni może być zagadką. Filmy naszego sąsiada, poza bardzo nielicznymi wyjątkami, właściwie do Polski nie docierają. Tym bardziej należy cieszyć się z obecności na Sputniku Kryształu Darii Żuk, białoruskiego kandydata do Oscara,

Młoda reżyserka zabiera widzów w czasy kulturowo i technologicznie zamierzchłe - lata 90. Epokę rządów kaset i quasi anarchii w krajach byłego Związku Radzieckiego. Fabryki ciągle działają, ale ludzie nie dostają wypłat tylko towary, które wytworzyli. Przed amerykańską ambasadą ustawiają się kolejki ludzi, którzy chcą przeżyć swój amerykański sen. Jedną z takich osób jest Wela, didżejka zakochana w muzyce house. Chce pojechać do Chicago, miejsca narodzin swojego ulubionego gatunku, jednak aby dostać wizę musi udowodnić, że dobrze zarabia i nie chce pozostać w Stanach nielegalnie. W tym celu tworzy fałszywe zaświadczenie o zatrudnieniu, w którym wpisuje przypadkowy numer telefonu. Kiedy dowiaduje się, że ambasada weryfikuje te informacje w panice zaczyna szukać właścicieli numeru, którzy okazują się robotniczą rodziną mieszkającą w Krysztalnym - mieście specjalizującym się w produkcji kryształowych wyrobów. Dziewczyna ze stolicy musi skonfrontować się z prowincjonalnym życiem, w którym wciąż więcej jest łabędzi ze szkła niż muzyki elektronicznej.

Daria Żuk sprawnie łączy komedię z dramatem. Chęć ucieczki głównej bohaterki została bardzo przekonująco przedstawiona, jednocześnie całość ma pogodny wydźwięk. Reżyserce zależało przede wszystkim na pokazaniu młodej kobiety w czasach transformacji. Dla niej to czasy zmiany, a nie moment apokaliptyczny, jak często przedstawiane są lata 90. w rosyjskiej kinematografii. Żuk bawi łączenie obiektów charakterystycznych dla radzieckiego imaginarium (Lenin we wszystkich możliwych pozach, czerwone gwiazdy, charakterystycznie przyciężka socrealistyczna architektura) z elementami kultury Zachodu, które operują w dużo lżejszych materiałach (dźwiękach, taśmach, ubiorze). Marzenie o wolności rozbija się w Krysztale o fabryczne maszyny, gmachy muzeów i pełne homo sovieticus mieszkania. To bardzo ironiczny portret epoki, w której wszystko, a więc tak naprawdę nic, było możliwe. Udało się na szczęście uniknąć moralizowania. Rozległe procesy społeczne są w filmie Żuk obecne, ale zawsze podpiera je jakaś bardzo ludzka historia.

Umiejętność opowiadania o ludziach jako jednostkach ratuje Kryształ przed zarzutem cukierkowatości. To obraz niezwykle wręcz pogodny, co nie do końca współgra z czasami, o jakich opowiada. Za to dość dobrze odpowiada trendom w rosyjskiej (czy też szerzej rosyjskojęzycznej) popkulturze, która od jakiegoś czasu pozytywnie dowartościowuje swojskość. Bloki, styl a la gopnik i czerwone gwiazdy znów są w modzie. Żuk przejmuje ten język, ale też go rozsadza. Sałatka jarzynowa i tradycyjne wesele może są dla niej sexy, ale już nie patriarchalny stosunek do kobiet czy kultura muzyczna Związku Radzieckiego. Reżyserka stąpa po linie między nostalgią a afirmacją, świetnie oddając czasy przełomu. Całość jest bardzo lekka, ale też niegłupia - w sam raz do oscarowego wyścigu.

Zwiastun: