Na wysokościach

Data:
Ocena recenzenta: 6/10

Claire Denis nakręciła film science fiction. Czy nie brzmi to jak zaprzedanie się komercji? Wszyscy, którzy myślą, że autorka Pięknej pracy postanowiła bawić się w europejskie Hollywood i kazała Juliette Binoche, Robertowi Pattinsonowi i Agacie Buzek strzelać z blasterów srodze się zawiodą. High Life to obraz, którego język i tematyka znajdują się w orbicie zainteresowań kina artystycznego, a nie rozrywkowego.

Reżyserka i współautorka scenariusza potrzebuje podróży kosmicznej do zupełnie innych rzeczy niż kino nowej przygody. Kosmos jest w High Life ciemny i martwy, a nie pełen cudów (i koszmarów) obcych cywilizacji. Statek to nie wehikuł otwierający drogę do kolejnego bohaterskiego zadania, a jego pasażerowie to nie herosi, a kryminaliści. Wysłano ich za karę, gdzieś w stronę czarnej dziury. Opiekę nad skazańcami sprawuje doktor Dibs (Juliette Binoche) wykazująca niezdrowe zainteresowanie rozmnażaniem. To właśnie w okolicach krocza, a nie głowy znajduje się centrum filmu. Biologia zajmuje tu szczególne miejsce, które w science fiction ma zazwyczaj fizyka. Gwiezdna (czy też gwiazdowa, żeby użyć lemowskiego słownictwa) pustka jest wyzwaniem egzystencjalnym, ale przede wszystkim fizycznym. Wystarczy powiedzieć, że statek, na którym rozgrywa się akcja może i nie jest uzbrojony, ale wyposażono go w darkroom.

Rekonstrukcja meandrów fabuły High Life nie ma większego sensu, ponieważ rozsmarowana została po tym prawie dwugodzinnym filmie bardzo cienką warstwą. Warto jednak spojrzeć na stosowaną argumentację. Ta niestety jest dość bełkotliwa. Odkrycie, że człowiek ma ciało naprawdę nie wymaga wycieczki w kosmos, a nawet gdyby tak było to myślowo jest to kino pracujące na jałowym biegu. Dość szybko odsłania karty i okazuje się, że centralny temat fenomenu życia w nieprzyjaznym kosmosie nie zostaje odpowiednio pociągnięty. Gdzieś tu jeszcze kołacze się przypowieść o stworzeniu nowego społeczeństwa, socjalizacji i rodzicielstwu. Całkiem dużo jak na kameralną "korytarzowo-pokojową" produkcję. Przyjęta struktura pozwala na dorzucanie kolejnych tematów, ale już nie na ich sensowne połączenie i rozwinięcie. Przez to zarówno science jak i fiction nie zapewniają satysfakcji.

Claire Denis rzuciła niemałe wyzwanie widowni. High Life ogląda się z trudem. Oczywiście nie da się odmówić temu obrazowi formalnej elegancji, elipsy wprowadzające retrospekcje i nieoczywiste łączenie planów czasowych jest bez wątpienia najlepszym elementem filmu. Poza tym każdy aspekt obrazu stawia opór, od katatonicznego aktorstwa, przez ślamazarne tempo, po chropawą scenografię. Jest w tym jednak pokaz artystycznej siły. Denis prowokacyjnie robi wszystko, aby utrudnić życie widzowi. Do tego stopnia, że z obcowania z High Life można czerpać masochistyczną przyjemność. Trzeba tylko dostarczyć sobie odpowiednią dawkę kofeiny, inaczej ten film ma skłonność do stawania się pretekstem do bardzo dziwnych snów.

Zwiastun: