Operacje na słowniku

Data:
Ocena recenzenta: 8/10

Nadav Lapid wykazuje zadziwiające jak na filmowca zainteresowanie językiem. Jego poprzedni obraz opowiadał o samorodnym talencie poetyckim, który ujawnił się w dziecku. Synonimy pokazują radyklanie odmienną sytuację. Tym razem nie chodzi o cud narodzin języka w jego najczystszej poetyckiej formie, a o jego kres – całkowite odcięcie się przynajmniej od jednego z nich.

Emile i Caroline znajdują zmarzniętego, nagiego mężczyznę w pustym mieszkaniu położonym w tej samej kamienicy. Ktoś zabrał mu wszystkie rzeczy zostawiając go niemal na pastwę śmierci. Kiedy już się ogrzeje i obudzi okazuje się, że ma na imię Yoav i jest Izraelczykiem. Mówi po francusku i wzdryga się przed używaniem hebrajskiego. Mężczyzna intryguje młodą burżuazyjną parę. Jest przystojny, inny, ma jakiś sekret i ewidentnie pała nienawiścią do swojej ojczyzny i języka. Dynamika tego trójkąta nieco przypomina Marzycieli Bernardo Bertolucciego z tym zastrzeżeniem, że Lapida poza ciałami interesują jeszcze słowa. Nie oznacza to bynajmniej, że reżyser w ogóle jest niezainteresowany tym aspektem. Nagości w Synonimach jest dużo nawet jak na standardy kina artystycznego, jednak środek ciężkości przesunięty został w stronę języka.

Główny bohater wyraża głęboką odrazę wobec Izraela, jednak jej przyczyna nie została do końca wyjaśniona. Nie ma tu żadnej traumy. Po prostu Yoav twierdzi, że to państwo tak dogłębnie niesprawiedliwe, że aż ohydne, odrażające, odstręczające, złe (tu można wstawić dowolną liczbę synonimów). To bardzo mocna deklaracja polityczna. I chociaż nigdy nie zostaje to powiedziane wprost chodzi o kwestie rasowe. Yoav odmawia nawet biernego członkostwa w systemie, który w swoją oficjalną doktrynę ma wpisany rasizm. W jego oczach Francja to kraj, który taki nie jest, a przynajmniej może nie być. Zarówno reżyser jak i jego bohater wiedzą, że to nieprawda, ale zdają sobie sprawę, że lepiej wierzyć w wolność, równość i braterstwo niż nie wierzyć w nic. Na to wszystko nakłada się jeszcze dziwna pozycja Yoava, migranta bez dachu i praw, traktowanego jak przedmiot do oglądania, a w nikłym stopniu działający podmiot. Lapid komplikując sytuację bohatera do granic możliwości próbuje przyjrzeć się kondycji migrantów w świecie Zachodu. Stara się stworzyć syntetyczny obraz, do którego nie można dojść fragmentującym rzeczywistość realizmem.

Yoav odrzuca swój kraj i nie wystarcza mu jedynie opuszczenie jego granic czy pozostawienie rodziny i przyjaciół. Chce całkowicie wymazać z siebie Izrael. Aby tego dokonać przestaje mówić po hebrajsku. Posługuje się wyłącznie francuskim, który trochę kaleczy, ale jest zafascynowany jego słownictwem. Kupuje nawet słownik i uczy się tytułowych synonimów. Film Lapida przede wszystkim pokazuje językową kreację świata. Yoav porusza się po Paryżu tak jak po słowniku. Przemieszcza się po ulicach nerwowo poszukując kolejnych znaczeń, lekkich drgań ich zakresów. Dzieli się też historiami ze swojego życia. Caroline i Emile są zafascynowani tymi opowieściami o dzieciństwie, rodzinie, wojsku. Historie wbudowują się w świat przedstawiony. Nie wiemy czy są prawdziwe czy nie, ale są równie realne co paryski bruk. Kamera działa tu niestandardowo, służy do budowania wizualnych szumów, zlepów i ciągów, które odpowiadałyby tym językowym, a nie do konwencjonalnego obrazowania.

Jeżeli wydaje się, że grzybów w tym barszczu już jest za dużo, to warto jeszcze zadać pytanie czy Lapid naprawdę wierzy w kino. Synonimy to bardziej awangardowa powieść niż film. Oczywiście nie jest tak, że audiowizualnie się nie broni. Wprost przeciwnie, ale widać, że jeżeli izraelski reżyser dalej będzie szedł tą drogą czeka go przyszłość późnego Godarda. Obraz bywa tu irytująco niefilmowy, podporządkowany literackiemu konceptowi (i to takiemu z późnej piśmienności), jednak przez to jest zaskakująco świeży. Synonimy cały czas balansują na krawędzi niestrawnego artystowskiego bełkotu czy też formalnej zabawy jedynie pozornie zainteresowanej prezentowanymi tematami. Twórca Przedszkolanki nigdy jednak w tę przepaść nie wpada, co biorąc po uwagę, że w pewnym sensie ekranizuje słownik jest osiągnięciem naprawdę imponującym.

Zwiastun: