Pod prąd

Data:
Ocena recenzenta: 6/10

Po adaptacjach powieści i komiksów, kosmicznym dramacie o chowaniu się za regałem i wojennym widowisku bez wrogów Christopher Nolan zabrał się za projekt dużo ambitniejszy - zekranizował kwadrat magiczny Sator-Rotas. Reżyser z pięciu słów wpisanych w regularną siatkę, które czytane od dowolnej strony dadzą takie samo zdanie uczynił film akcji. Obraz wykonany precyzyjnie i z niezwykłą inteligencją, ale równie (nie)użyteczny co pochodzący z co najmniej z czasów rzymskich oryginał.

Tytułowy Tenet to po angielsku „zasada” i w kontekście filmu Nolana jest nieprzetłumaczalny, ponieważ polskie odpowiedniki nie pozwalają na jednakowe odczytanie zarówno z prawej, jak i z lewej strony. To istotne, ponieważ filmem rządzi struktura palindromu. Dowiaduje się o tym główny bohater, grany przez Johna Davida Washingtona, amerykański agent służb specjalnych. Nieudana akcja w kijowskim teatrze sprawia, że zostaje wciągnięty w intrygę, od której zależeć będą losy świata. Okazuje się, że dzięki powstałej w przyszłości technologii można odwracać czasowo przedmioty i ludzi. W ten sposób przyszłość zaczyna wpływać na przeszłość i to nie w celu poprawy świata, a jego zniszczenia. Generałem na tej wojnie przyszłej ludzkości z obecną jest Sator – miliarder rosyjskiego pochodzenia. Imię nieprzypadkowe, to on jest bohaterem zdania z kwadratu magicznego - siewcą, który kieruje pracami. Protagonista rzuca mu wyzwanie wchodząc do czasowej gry. Wraz z rozwojem akcji pojawia się coraz więcej temporalnych supłów i to z ich rozplątywania płynie przyjemność obcowania z filmem.

Tenet potwierdza pozycję Nolana jako wybitnego narracyjnego zegarmistrza. Plany czasowe idealnie się zazębiają, a każdy element układanki wpada na swoje miejsce. Problemy zaczynają się wraz z próbą zastanowienia się nad istotą tego labiryntu. Widzów prowadzi nić, ale nie wiedzą czy podarowała ją Ariadna. Ta konstrukcja oparta została na założeniach, które po prostu trzeba przyjąć, na pewnikach tak pozornie przejrzystych, że nie poświęcono im nawet kilku kwestii dialogowych. Najlepszym przykładem jest fakt, że głównemu złemu brakuje jednej części pewnego mechanizmu. Jak wszedł w posiadanie pozostałych? Nie wiadomo. Można jedynie uwierzyć, że w sposób równie spójny, co wydarzenia prezentowane na ekranie. Nie jest to przypadek. Wydaje się, że Nolan nakręcił film, do którego można podchodzić tylko jak do religijnego dogmatu. „Zasadę” da się wyznawać, przeciwko niej występować, dokonywać egzegezy, ale już nie krytycznej analizy i konfrontacji ze światem poza tą opowieścią.

Mechanicyzm wpłynął też na sposób poprowadzenia aktorów. Każda z ról jest świetna pod względem fizycznym i za udział w odwróconych scenach walki należy się najwyższe uznanie. Szkoda tylko, że bohaterowie zostali jedynie naszkicowani. Poza graną przez Elizabeth Debicki Kat właściwie nikt nie ma głębszej, osobistej motywacji. Nawet w przypadku tej postaci jest to jedynie stereotyp. Kat walczy o to, żeby być matką, skoro nie udało jej się być żoną. Ludzie są tu tylko pionkami w grze i reżyser rozstawia je po planszy w taki sposób, żeby wygrać partię. Przez to Tenet jest zimny i odcięty od emocji.

Filmy Christophera Nolana łączą z rzeczywistością wyjątkowo wątłe węzły. Właściwie wszystkie korzystają z realnego świata jako efektownych dekoracji dla spektaklu. Bardzo rzadko miejsce akcji dodawało tym produkcjom dodatkowe znaczenia. Tym razem jest nieco inaczej. Wciąż niektóre lokalizacje to  po prostu ładne obrazki, takie jak włoskie wybrzeże Amalfi, które, z całym szacunkiem dla tego pięknego regionu, dałoby się zastąpić bez większej straty dla treści. Twórca Memento jednak tym razem gra w nawiązania do rzeczywistości. Po raz kolejny (po Interstellar) pojawia się motyw zagrożenia ekologicznego, a otwierająca film scena wprost nawiązuje do ataku na teatr na Dubrowce. Co prawda moskiewską scenę zastąpiono Operą Narodową w Kijowie, która nawet nie jest grana przez siebie, a przez Linnahall w Tallinnie. W świecie Nolan  widzi koniec i zniszczenie. Powoli zmienia się w proroka. Wieszczy apokalipsę, widzi nadchodzącą zagładę, a w swój film wplata znaki, które ją zapowiadają. Nie powinno to dziwić, kwadrat Sator-Rotas można rozmontować. Otrzymuje się wtedy słowa „Pater noster”. Główny bohater gra o wysoką stawkę – zbawienie. To mesjasz na miarę inteligentnego kina akcji.

Czasy ostateczne zaczęły się niespodziewanie dobrze rymować z rzeczywistością. Nolan widzi jednak zagrożenie w fizyce zapominając całkowicie o biologii. Dlatego Tenet jest martwą maszyną. Sprawnie działającą, ale jedynie symulującą człowieka na potrzeby własnego działania. Taka wsobność nie jest najlepszym pomysłem dla proroków. Ostrzeżenie ukryte w kwadracie magicznym może okazać się zbyt enigmatyczne.

Zwiastun: