Sybilla na Stromboli

Data:
Ocena recenzenta: 6/10

Sybilla Justin Triet to film niegłupi i sprawnie żonglujący filmowymi kliszami. Komediodramat bez ambicji zmieniania realnego czy filmowego świata, za to oferujący gwiazdorską obsadę, przyzwoitą reżyserię i porządny, choć niepozbawiony wad, scenariusz.

Tytułowa bohaterka filmu Justin Triet to psycholożka, która postanowiła zmienić zawód. Powraca do literatury i aby móc znów napisać powieść musi porzucić swoich pacjentów. Nie wszyscy dają łatwo za wygraną, a Sibyl nie może oprzeć się pokusie wykorzystania historii jednej ze swoich podopiecznych. Narracyjny głód okazuje się dużo silniejszy niż etyka zawodowa i terapeutka angażuje się w życie młodej aktorki. Do tego stopnia, że kiedy załamana dziewczyna wzywa ją na plan zdjęciowy na Stromboli ta bez zbędnej zwłoki wsiada na pokład samolotu i rusza do Włoch. Kobietę napędza z jednej strony zawodowa potrzeba pomagania, z drugiej chęć napisania jak najlepszej powieści. Dwie kobiety i literatura - narracyjny szkielet nieco przypomina Prawdziwą historię Polańskiego, jednak w szczegółach i formie podawczej te filmy znacząco się od siebie różnią. Triet stoi na stanowisku, że więcej to zawsze więcej i nie szczędzi niczego. Biorąc pod uwagę raczej mało epicką konwencję, wątków i bohaterów jest tu na kopy i nie wszystko było naprawdę niezbędne (warto wspomnieć choćby kwestię alkoholizmu protagonistki).

Łatwo zauważalnym problemem Sybilli jest towarzystwo, w jakim się znalazła. Zakwalifikowano ją do konkursu głównego w Cannes, ale ambicje reżyserki nie są tożsame z tymi wyrażanymi przez Almódovara, Loacha czy Bonga Joon-ho. Triet stworzyła komediodramat z gwiazdorską obsadą. I to tyle, nie wydaje się, żeby w jakimkolwiek momencie celowała w arcydzieło. Sybilla to przykład solidnego rzemiosła, a nie sztuki. Jednocześnie nie jest to głupie kino i czuć tu świadomość sensów uruchamianych przez kolejne wyciągane jak z kapelusza motywy. Szczególnie dobrze widać to we włoskim wątku, który jest komediową wariacją na temat Pogardy Godarda. Jest to jednak aluzja dla kinomanów, a nie poważna dekonstrukcja. Nie ma większego sensu przyglądanie się Sybilli jak głębokiemu dziełu. To raczej rozrywkowy remiks mistrzów i to bez ambicji stawania w jednym rzędzie z nimi.

Jest w tym filmie co najmniej kilka pomysłów godnych uwagi. Trzeba docenić narrację przyjmującą perspektywę głównej bohaterki i pozwalającą sobie na porzucenie chronologiczności, skojarzeniowość, retrospekcję i dygresję. Ciekawie wygląda też odwrócenie patriarchalnego porządku popkultury, w której to mężczyźni działają, a kobiety są przede wszystkim oglądane. W Sybilli to bohaterki są aktywne, a ich partnerzy stanowią element dekoracyjny. Na pewno pomogły w tym wybory obsadowe, zarówno Gaspard Ulliel jak i Niels Schneider są przyzwyczajeni do takiego traktowania przez filmowców i filmowczynie. Nawet gdyby próbowali zagrać coś poważnego to z damską częścią obsady nie mieliby szans, skoro w pobocznej roli gra taka aktorka jak Sandra Huller (jeszcze lepsza niż zwykle). Sybilla to całkiem emocjonujący aktorski pojedynek. Obsadzona w głównej roli Virginie Efira prezentuje klasyczną metodę z jej psychologicznymi subtelnościami, z kolei Adèle Exarchopoulos gra ciągle tak jakby nie opuściła planu Życia Adeli - fizycznie, z lejącymi się zewsząd ślozami. Z konfrontacji zwycięsko wychodzi ta druga, co mimo wszystko nie powinno mieć znaczenia dla ogólnej oceny.

Sybilli trochę do ideału brakuje. Zarówno bohaterce jak i filmowi. Warto jednak kibicować Triet. Ta reżyserka wie skąd czerpać inspiracje i jak przekuć je w całkiem niezły film. Przydałaby się większa dyscyplina formalna połączona ze szczyptą autokrytycyzmu, wtedy widzowie dostaną więcej niż przyzwoitą rozrywkę.

Zwiastun: