Najlepsze filmy 2019: Pierwsza dziesiątka

Data:

10. Symfonia Fabryki Ursus, reż. Jaśmina Wójcik

Dokumenty często bywają moralnie niejednoznaczne, zwłaszcza kiedy żerują na swoich bohaterach pokazując ich tak, aby osiągnąć najlepszy możliwy efekt dramaturgiczny. Czegoś takiego nie można powiedzieć o obrazie Jaśminy Wójcik, mimo że formalnie to propozycja bardzo dobrze przemyślana. Film jest finalnym efektem dużo szerszego działania. Opowiedzenie o fabryce Ursus nie sprowadziło się wyłącznie do odnalezienia robotników i ich nagrania. Zaproszono ich do wspólnego działania, odtworzenia swojego dawnego dnia pracy za pomocą ciała. Dźwięk i ruch tworzą tytułową symfonię pozwalając bohaterom filmu godnie pożegnać miejsce, w którym przez lata pracowali. Wójcik łączy efektowny pomysł na dokument z czułością wobec ludzi, dla których po przemianach ustrojowych niewielu w polskiej przestrzeni publicznej miało dobre słowo.

9. Atlantique, reż. Mati Diop

Najciekawszy film, do którego prawa ma Netflix właściwie nie otrzymał żadnej większej promocji. I tak się dziwnie składa, że taką dostały te nakręcone przez białych mężczyzn. O filmie urodzonej w Paryżu, ale pochodzącej z artystycznej senegalskiej rodziny Mati Diop dowiedzą się tylko już i tak zainteresowani. A jednak warto się zainteresować, ponieważ canneńskie Grand Prix tym razem nie wzięło się znikąd. Reżyserka opowiada historię niczym z jednego z klasyków polskiej piosenki rozrywkowej, który głosi, że „męska rzecz być daleko, a kobieca - wiernie czekać”. To czekanie jest tematem dla Diop, która opowiada o dziewczynie wychodzącej za mąż, kiedy jej ukochany wypłynął do Europy. Wiernie nie oznacza bezczynnie, zwłaszcza kiedy do gry włączają się zaświaty.

8. Walka Atbaia, reż. Adilchan Jerżanow

Kazachstan powoli staje się jedną z najciekawszych kinematografii państw postkomunistycznych, a jej prominentnym przedstawicielem jest Adilchan Jerżanow. To filmowiec, który lubi czynić zwyczajne dziwacznym. Tym razem zrealizował obraz o zawodniku mieszanych sztuk walki. W ringu znalazł miejsce, w którym rozgrywa się rytuał i można skomunikować się z duchami. Ta interpretacja, przecież silnie rezonującego również w Polsce, fenomenu MMA obudowana została atrakcyjną tragikomiczną historią. Walka Atbaia w porównaniu z poprzednimi filmami reżysera podkręciła tempo. Wizualnie to produkcja bardzo starannie zrealizowana, ale mniej w niej kontemplacji obrazu, a więcej narracji.

7. Syn, reż. Mehdi Barsaoui

Gdyby nie zaufanie do selekcji weneckiej sekcji Orizzonti na pewno bym na ten film na Warszawskim Festiwalu Filmowym nie poszedł. To obraz o małżeństwie, w którym mąż dowiaduje się, że wychowywany przez niego syn jest owocem zdrady. Informacja przychodzi w momencie, kiedy chłopiec trafia do szpitala i potrzebuje transplantacji, a żadne z rodziców nie ma zgodności tkankowej. Wszystko wskazywało na ciężkostrawny film obyczajowy. Barsaoui jest zainteresowany relacjami, między bohaterami, ale potrzebuje dramatu po to, żeby pokazać sytuację społeczną w Tunezji. Reżyser jest przenikliwy i metodyczny, co pomaga mu w wieloaspektowym obrazowaniu. Kwestie polityczne, historyczne (niesamowity wątek związany z destabilizacją regionu), prawne i biologiczne zostały przez niego mistrzowsko związane w jeden narracyjny węzeł.

6. Bacurau, reż. Kleber Mendonça Filho, Juliano Dornelles

W Aquariusie Kleber Mendonça Filho praktycznie nie wychodził z mieszkania swojej bohaterki. Zrealizowane wraz z Juliano Dornellesem Bacurau ma trochę większy rozmach. Opowiada o położonej na odludziu wiosce. Jedna ulica, kilka domów i bardzo daleka droga do najbliższego miasta. Taki westernowy klimat aż prosi o atak bandytów i kiedy ten nadchodzi okazuje się, że mieszkańcy Bacurau nie są tak bezbronni, jak się wydają. Filho i Dormelles żonglują gatunkami i sprawnie przechodzą od czarnej komedii przez thriller do westernu. Posługują się grubą kreską, ale jednocześnie oferują serię niesamowitych zaskoczeń. Za każdym razem kiedy widz przyzwyczają się do bieżącej sytuacji, ta jest burzona i budowana na nowo. Nieprzewidywalność to największa zaleta Bacurau, mimo że przez nią finałowa konfrontacja wygląda inaczej niż w moich marzeniach.

5. Parasite, reż. Joon-ho Bong

Pisanie peanów na cześć Joon-ho Bonga to sport, który z wielkim zapałem uprawiają w tym roku wszyscy krytycy filmowi. Nie sposób nie spokornieć w obliczu takiego cudu filmowej inżynierii. Parasite jest tak blisko technicznej perfekcji, jak to tylko możliwe. Tempo, humor, aktorstwo – wszystko trafiło na swoje miejsce. Do tego stopnia, że to film aż zbyt udany, który gdzieś po drodze gubi swoje krytyczne ambicje pozostając na zbyt wysokim poziomie ogólności.

4. Nina Wu, reż. Midi Z

Midi Z wyszedł ze strefy komfortu po to, aby nakręcić swój jak do tej pory najlepszy film. Pożegnał naturalizm i mam nadzieję, że w jego twórczości już nie wróci. Przede wszystkim dlatego, że doskonale radzi sobie w kinie kreacyjnym, które daje mu zupełnie inne możliwości. Nina Wu jest autotematyczna, ale w ciekawy sposób. To kobiecy manifest, scenariusz napisała odtwórczyni głównej roli Ke-Xi Wu, jednak doładowany surrealizmem. Koszmar przemocy wobec kobiet w przemyśle filmowym miesza się w nim z dosłownym koszmarem. To film jednocześnie wybitny i niewygodny. Najlepiej świadczą o tym nominacje do prestiżowych Golden Horse Awards. Nina Wu zdobyła ich aż osiem, jednak nie dostała ani jednej statuetki. 

Recenzja

3. Monos, reż. Alejandro Landes

Kino artystyczne potrafi zaanektować tematy zazwyczaj wykorzystywane przez rozrywkę, co często daje bardzo ciekawe efekty. Taką drogą poszedł Alejandro Landes kręcąc Monos. Historia grupy nastoletnich partyzantów przetrzymujących w górach zakładniczkę to doskonały temat na thriller. Reżyser nie poszedł jednak na łatwiznę i nie podporządkował się regułom gatunku. Sporo tu oczywiście strzelania, ale sposób poprowadzenia narracji jest odmienny. Twórców interesuje przede wszystkim mechanizm tworzenia się plemienia, a nie zapewnianie krwawej rozrywki.

Recenzja

2. Synonimy, reż. Nadav Lapid

Synonimy są filmem wyjątkowo mało filmowym. Nadava Lapida bardziej niż obraz interesuje słowo. Główny bohater, Noav, ucieka od swojego ojczystego Izraela nie tylko opuszczając jego terytorium, ale też odmawiając używania hebrajskiego. Nie jest to tylko punkt wyjścia dla konwencjonalnej fabuły, a bijące serce filmu. Ohydny, paskudny, zły, cuchnący, odrażający – synonimy, których uczy się Noav są równie realne co Paryż, w którym się znalazł. Lapida interesują drobne różnice znaczeniowe i z nich buduje świat przedstawiony. Synonimy są kinem fabularnym, ale takim, w którym najważniejsza jest warstwa intelektualna. Bywają zaskakująco atrakcyjne, ale nigdy nie przedkładają wizualnej czy narracyjnej efektowności nad refleksję.

Recenzja

1. Długa podróż dnia ku nocy, reż. Bi Gan

Na Długą podróż dnia ku nocy musieliśmy długo czekać. Po premierze w Cannes w 2018 roku film został cofnięty przez chińską cenzurę. Powrócił po roku, co daje nadzieję, że zobaczymy jeszcze chociażby wycofaną w ostatniej chwili z Berlina najnowszą produkcję Zhanga Yimou. Długa podróż dnia ku nocy nie jest w oczywisty sposób polityczna. Główny bohater przemierza jednak prowincję Guizhou, której daleko do bycia wizytówką imperium. Poszukuje dawnej kochanki, wchodząc coraz głębiej w labirynt złożony z ruin. Sen i wspomnienie są tu ściśle splecione. Film Bi Gana ma specyficzne transowe tempo, z którym trzeba umieć popłynąć. Jest to łatwiejsze w drugiej połowie nakręconej w trójwymiarze. W pewnym momencie bohater zakłada okulary 3D i widzowie muszą zrobić to samo. Prosty gest, ale pokazuje, że Długa podróż dnia ku nocy ma być i jest doświadczeniem przekraczającym ramy konwencjonalnego kina.

Recenzja