your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Najlepsze filmy 2018. Pierwsza dziesiątka

Oto i są - dziesięciu wspaniałych z tyluż krajów położonych na czterech kontynentach. Większość z poniższych filmów albo już była w kinach, albo niedługo się w nich pojawi. Kto nie widział niech lepiej zarezerwuje sobie czas na pokazy.

10. Twarze, plaże, reż. Agnes Varda, JR

Agnes Varda podczas zdjęć do tego filmu miała 88 lat i muszę powiedzieć, że oglądając Twarze, plaże to ja czułem się staro. Matka Francuskiej Nowej Fali prezentuje tu taką klasę, energię i inteligencję, że aż onieśmiela. To najcieplejszy film drogi jaki widziałem w ostatnich latach, a jednocześnie dokumentacja artystycznej podróży jaką odbyła Varda wraz ze street artowym artystą JRem. Znalazł się tu też najpodlejszy czarny charakter roku i jest nim nikt inny jak Jean-Luc Godard.

9. Donbas, reż. Siergiej Łoźnica

Siergiej Łoźnica nie próżnuje. Zeszłoroczna Łagodna okazała się tylko rozgrzewką przed kolejnym filmem fabularnym, czyli Donbasem. Reżyser We mgle pokazuje wojnę na Ukrainie tak jak rosyjscy postmoderniści opisują swoją rzeczywistość. To konflikt dowodzony przez nowoczesną propagandę medialną, w którym dystans między fałszywym wywiadem do kamery, a kulą w czaszce może być wyjątkowo krótki.
Recenzja
8. Najczystszy jest popiół, reż. Jia Zhangke

Jia Zhangke już wie, że nikt mu nie odbierze tytułu najwybitniejszego reżysera szóstej generacji, więc kręci filmy z dużo niższym progiem wejścia. O ile na Tylko góry przeminą można było narzekać, to Najczystszy jest popiół został zrealizowany tak, jakby reżyseria była najłatwiejszym zawodem świata. Ta na poły kryminalna, na poły obyczajowo-historyczna miłosna epopeja płynie z niespotykaną lekkością. Pełno w niej meandrów, scen narracyjnie zbędnych, ale efektownych. Niekiedy wręcz kampowych. Jestem w stanie wybaczyć temu reżyserowi nawet wykorzystanie YMCA jako motywu przewodniego, skoro Tao Zhao gra tu tak, że nic innego nie ma znaczenia.

7. Lato, reż. Kirił Sierebrennikow

Mimo mojego uczucia do rosyjskiej kultury wczesne lata Wiktora Coja nie są czymś, co rozpala moją wyobraźnię. Kiriłowi Sierebrennikowi udało się jednak nakręcić niewinny, letni film, który jednocześnie tłumaczy fenomen rocka znad Newy. Już pierwsza scena jest mocna, widzimy koncert w Leningradzkim Rock Klubie, gdzie muzyka może i przypomina zachodnią, jednak publiczność grzecznie siedzi w fotelach i jest kontrolowana, czy nie robi żadnych zbędnych ruchów. Całkiem słusznie, bo wartości wyznawane przez twórców muzycznej Nowej Fali nijak nie przystają do tych radzieckich. Rozdźwięk między rzeczywistością, a artystycznym ideałem doskonale widać w fantazyjnych scenach muzycznych.
Mała próbka.
6. Sny wędrownych ptaków, reż. Ciro Guerra, Cristina Gallego

Indiański film gangsterski, w którym pradawne rytuały i rodowe więzi są równie ważne, co zysk z produkcji i dystrybucji narkotyków. W Snach wędrownych ptaków świat duchów spotyka kapitalizm i takie zderzenie może skończyć się tylko krwawo. Ciro Guerra, tym razem wspierany przez Cristinę Gallego, ma talent do opowiadania w gruncie rzeczy przygodowych historii w niezwykły sposób.
Recenzja
5. Suspiria, reż. Luca Guadagnino

Na wieść o tym, że Luca Guadagnino nakręci remake Suspirii byłem daleki od entuzjazmu. Na szczęście okazało się, że twórca Tamtych dni, tamtych nocy nie miał litości dla obrazu Dario Argento, rozbił go na części składowe i zbudował z nich własne, w pełni autorskie dzieło. Ostentacja z jaką to zrobił jest godna podziwu, jednak nie została dobrze przyjęta przez fanów oryginału. Widać, że Suspiria powstała z myślą o widzach, którzy naprawdę oglądają film, a nie traktują go jedynie jak wygodną okazję do jedzenia popcornu. Nie pamiętam kiedy mogłem to powiedzieć o horrorze (nie, Hereditary się nie liczy).
Recenzja
4. Wyśniona kraina, reż. Siew Hua Yeo

Miło czasami zorientować się, że reżyserzy czytają coś więcej niż własne scenariusze. Na liście lektur Yeo Siew Hua na pewno znalazły się książki Carla Junga, bo to one stanowią intelektualne zaplecze Wyśnionej krainy. Nawet zostawiając filozoficzny (czy też psychoanalityczny, w zależności od poglądów) kościec w spokoju otrzymujemy świetny oniryczny thriller. Formalnie reżyser inspirował się Lynchem adaptując jego strategie narracyjne do singapurskich warunków. Bardzo udany eksperyment.

Recenzja
3. Roma, reż. Alfonso Cuaron

O Romie napisano już tyle, a dużo więcej tekstów jeszcze będzie opublikowanych, że aż szkoda powtarzać zgrane pochwały. Warto jednak podkreślić, że zafundowany przez Cuarona powrót modernistycznej stylistyki na salony jest czymś z czego należy się bardzo cieszyć. To twórca tak dobrze osadzony w amerykańskim przemyśle filmowym, że może w końcu decydenci otworzą serca i portfele na ambitniejsze projekty. Oczywiście nie jest tak, że widzę w Romie wyłącznie światło nowego, lepszego dnia. To ciągle wyjątkowo subtelnie poprowadzone, chwytające za serce kino, ale ile razy można to czytać?

2. Wieża. Jasny dzień, reż. Jagoda Szelc

Na taki polski film czekałem od wielu lat. Może tego po tej liście nie widać, ale rodzime kino miało najlepszy sezon od jakiś czterdziestu lat. Odnotowaliśmy nagrody w Berlinie i Cannes, frekwencyjne sukcesy, ale przede wszystkim nadciągnięcie Jagody Szelc. Pisanie o Wieży. Jasnym dniu jest trudne nie tylko dlatego, że odmiana tytułu przez przypadki nie należy do najłatwiejszych, ale też przez niezwykłą efemeryczność tego obrazu. Gdyby próbować streścić fabułę otrzymamy telenowelowy dramat z elementem nadprzyrodzonym, jednak warstwa akcji nie jest tu najważniejsza. Reżyserka buduje aurę niesamowitości dzięki pokazywaniu pęknięć w rzeczywistości. Używa do tego najsubtelniejszych środków wizualnych i audialnych. Szelc bardzo szybko porzuciła pozycję obiecującej debiutantki i nakręciła film dyplomowy roku aktorstwa szkoły filmowej w Łodzi. Monument nie jest może tak zachwycający jak debiut, jednak pokazał, że mamy do czynienia z kimś, kto jeżeli zechce zmieni oblicze tej kinowej ziemi.

1. One Cut of the Dead / Kamera o tomeru na!, reż. Shinichirou Ueda

Jeżeli ktoś przez poprzednie dwadzieścia cztery miejsca na tej liście uznał, że nie przepadam za kinem gatunków... Cóż, ma rację, ale nie mam najmniejszego problemu z umieszczeniem na pierwszym miejscu komedii o zombie. One Cut of the Dead pojawiło się na kilkudziesięciu festiwalach na całym świecie (o dziwo nie w Polsce) podbijając serca publiczności. Od czasu Co robimy w ukryciu nie było tak inteligentnie napisanej komedii. Film zaczyna się jak bardzo offowa produkcja o zombie nakręcona w jednym ujęciu, co samo w sobie już jest sporym osiągnięciem. Potem zostaje dodany do tego metakomenatrz, który podkręca tempo i nakręca spiralę humoru. Ostatni raz takie szaleństwo i brawurę widziałem w obrazach Siona Sona. Podobnie jak u twórcy Klubu samobójców chaos na ekranie jest pozorny, scenariusz napisano z niezwykłą dbałością o szczegóły, a następnie precyzyjnie zrealizowano. Shinichirou Ueda udowodnił, że można zrobić olśniewający film za 27 tysięcy dolarów. Trzeba mieć tylko talent, otwartą głowę i mnóstwo zapału.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook