Toskania, wino, Nobel

Data:
Ocena recenzenta: 5/10

Krystyna Janda w Toskanii. Tyle zostaje kiedy Słodki koniec dnia wreszcie się zakończy. Wszystko inne jest tylko oprawą dla talentu tej wielkiej aktorki. Szkoda, że nieprzystającą do jego rozmiarów.

Jacek Borcuch w duecie ze Szczepanem Twardochem opowiadają o polskiej noblistce żydowskiego pochodzenia - granej przez Krystynę Jandę Marii Linde. Kobieta mieszka w toskańskiej Volterrze. Zastał ją tam stan wojenny. Została we Włoszech, wyszła za mąż i prowadzi życie dalekie od problemów wielkiego świata. Nie udziela wywiadów. Twierdzi, że nie ma do powiedzenia niczego ciekawszego niż to, co mówi przez swoje wiersze. Historia dociera jednak i do niej, najpierw w postaci Nazeera, z którym nawiązuje romans, a potem w formie ataku terrorystycznego w Rzymie. Ona sama, córka ocaleńców z Holocaustu, migrantka, ale też kobieta słowa musi w końcu przemówić. Pozornie piękna to fabuła, jednak trudno nie zauważyć, że to przede wszystkim inteligencka fantazja, w której w większym stopniu czuć smak baumanowskiej myśli niż surowiznę rzeczywistości. Aby polski film mógł zrealizować niedokończoną europejską przygodę trzeba go było przenieść znad Bałtyku nad Morze Śródziemne, napoić bohaterkę winem i dać jej Ferrari do jeżdżenia po krętych drogach. Wszystko po to, aby opowiedzieć o, przynajmniej według twórców, najważniejszym problemie Starego Kontynentu - kryzysie uchodźczym. Trudno zbagatelizować tę kwestię, ale piętrowa konstrukcja, jaką zbudowano by do niej dotrzeć, jest trudna do zaakceptowania.

Tę narracyjną układankę swoją obecnością firmuje Krystyna Janda - twarz inteligenckich opowieści o Polsce ostatnich kilkudziesięciu lat. Zarówno filmowych (Człowiek z marmuru Człowiek z żelaza, Przesłuchanie), jak i teatralnych (Biała bluzkaZapiski z wygnania). Janda od dekad wciela się w bohaterki, które z odwagą i godnością mierzą się ze złem tego świata. Ta narracja działała cuda u Andrzeja Wajdy i Ryszarda Bugajskiego, jednak współcześnie złapała zadyszkę, bo czy naprawdę heroiną na miarę naszych czasów jest podstarzała nieistniejąca noblistka, wyciągnięta z ahistorycznej magmy w równie umowną współczesność? To pytanie należy kierować do scenarzystów, a nie do aktorki, ona stanęła na wysokości zadania. Janda jest wielka i w Słodkim końcu dnia tworzy kreację na miarę swojego talentu. Ukrywa się w srebrnych, długich włosach i za ciemnymi okularami. Ciągle jest jednak obecna, co czasami bywa aż przytłaczające. Jej rola imponuje niuansami, ekspresją, ale też kiedy trzeba chłodem. Przede wszystkim Janda jest mistrzynią zarządzania uwagą widza, wydawałoby się samym głosem. Dzięki temu nawet niezbyt przekonujące przemówienie zmienia się w mowę na miarę Cycerona. Kiedy reżyser pozwala jej mówić, przed huraganem Krystyną nie sposób się schować. Niestety nie jest to monodram i mimo że Kasia Smutniak i Antonio Catania robią co mogą to z żywiołem nie mogą się mierzyć.

Gdyby chcieć być złośliwym można by napisać, że Borcuch chce być jak Xavier Dolan, ale na swojej playliście ma tylko dwie piosenki. Zarówno When I was seventeen Franka Sinatry jak i Città vuota Miny są tu wymęczone więcej razy niż Bang bang w Wyśnionych miłościach. Ta repetycja związana jest z tempem, co do którego można mieć spore wątpliwościW porównaniu z poprzednimi dokonaniami reżysera jest to bardzo zwarty narracyjnie obraz, jednak lądujący gdzieś w niezbyt ciekawym miejscu między dynamizmem, a kontemplacyjnością. Dlatego całość sprawia wrażenie filmu trochę rozchodzącego się w szwach. Mimo wszystko to warstwa tekstowa jest tu problemem, a nie audiowizualna. Zdjęcia Michała Dymka i muzyka Daniela Blooma niekiedy całkiem nieźle pokrywają scenariuszowe chropowatości. Gdy wyłączyć myślenie, o tym co dzieje się na ekranie, produkcja okazuje się więcej niż satysfakcjonująca.

Słodkim końcu dnia ścierają się dwie przeciwstawne strategie twórcze. Krystyna Janda gra z poczuciem misji, cała reszta pracuje jakby liczyła pieniądze zarobione na biletach i festiwalowych pokazach. To kino środka na ważny temat, dalekie od radykalizmu, jakim charakteryzowało się chociażby Przesłuchanie. Czasem chyba jednak warto nakręcić "półkownika", co w dzisiejszych czasach oznaczałoby obraz z małą szansą na komercyjny sukces, ale przynajmniej nie kłamiący rzeczywistości. Opłaca się niekiedy brać przykład z napisanych przez siebie bohaterów i powiedzieć coś ostrego. Inaczej powstają takie filmy jak ten, obite pluszem, miękkie, bez retorycznych kłów i pazurów. Jaki jest sens tworzenia usypiającej narracji o jednej z najgorszych tragedii, jakie w ostatnich dziesięcioleciach dotknęły ten kontynent? Zaproszenie do Sundance nie jest tego warte.