Wilk, pies, obóz

Data:
Ocena recenzenta: 5/10

Adrian Panek dał się poznać jako reżyser lubiący podejmować tematy nieoczywiste. Jego pełnometrażowy debiut Daas opowiadał o zapomnianym żydowskim mistyku Jakubie Franku. Z kolei Wilkołak patrzy na Zagładę przez przymat kina grozy. Śmiały to gest, jednak skazujący film na porażkę.

Wilkołaku najciekawszy jest początek - widzimy obóz Gross-Rosen podczas likwidacji. Niemcy zabijają więźniów, a do przybycia armii czerwonej przeżywa jedynie grupa dzieci. Trafiają one do opuszczonego pałacu, gdzie zająć ma się nimi Jadwiga (Danuta Stenka). W okolicy nie pozostał praktycznie nikt, a na pewno nikt przyjazny. Żołnierze Wermachtu się wycofali, ale w górach wciąż pozostało trochę głodnych cywilów oraz stada zdziczałych psów. I to na bazie spotkania ze sforą budowana jest groza. Z tym, co przerażające musi się zmierzyć grupa dzieci, a nie jak w klasycznym horrorze czy filmie wojennym młodych dorosłych. Taki wybór wraz z konwencją kina grozy nakłada na reżysera dość dziwaczne ograniczenie odciągające obraz od jakiejkolwiek eksploatacji. Adrian Panek nie podniósł ręki na dzieci. W ramach tej narracji nie może stać się im krzywda. Prawdziwe niebezpieczeństwo czycha w Wilkołaku jedynie na dorosłych.

Myślenie przede wszystkim filmową konwencją, a dopiero w drugiej kolejności historycznym prawdopodobieństwem, to kamień u szyi tej produkcji. Temat Zagłady, czy tego chcemy czy nie, ma swoje szczególne miejsce w polskiej debacie publicznej, a Wilkołak, delikatnie mówiąc, nie otwiera żadnej nowej perspektywy. Oczywiście można arguemntować, że przesunięcia środka ciężkości na czasy tuż powojenne jest już ciekawe. Może by było gdyby przez ostatnie lata w tym kraju dyskutowano o czymś innym niż pamięć o Holocauście, wyparciu udziału innych grup niż naziści itd. Pankowi nie wystarczyło artystycznej siły, aby wywindować swój film powyżej poziomu kina gatunkowego, przez co ogląda się go z niesmakiem. To produkcja, która nie musiała powstać, a może nawet nie powinna. Gatunkowe klisze uwłaczają w niej prawdzie ludzkiego cierpienia. Zabrakło w Wilkołaku takiego formalnego uderzenia jak w Idź i patrz Elema Klimowa czy Wniebowstąpieniu Łarisy Szepitko. Wiem, że odniesienia do najwybitniejszych nie zawsze są odpowiednie, ale wybierając tak ostateczny temat trzeba być gotowym poprowadzić swój film, również formalnie, ku ekstremum.

Nie sądziłem, że po Daas będę musiał to napisać, ale głównym wyznacznikiem filmu Panka jest jego zachowawczość. Widać to już na poziomie scenariusza. Twórcy są w stanie porzucić spójność fabularną tworząc niemożliwe do przeoczenia dziury logiczne jedynie po to, aby zgadzała się liczba trupów. To zrozumiałe, że horror jest maszyną fabularną napędzaną świeżymi zwłokami, jednak można je dostarczać w bardziej elegancki sposób. Aktorstwo też nie wzbudza specjalnych emocji. Dziecięcy aktorzy radzą sobie raz lepiej, raz gorzej, a dorosłym zostawiono tak mało czasu, że nie mają kiedy się wykazać. Trochę szkoda, że po raz kolejny Danuta Stenka, było nie było jedna z gwiazd polskiego teatru, nie mogła pokazać głębi swojego talentu. Podobnie letnia jest realizacja, od muzyki i montażu po zdjęcia. Wilkołak nie jest koszmarnie złym filmem, trudno jedynie zrozumieć po co powstał. Temat gryzie się tu z wybranymi rozwiązaniami fabularnymi i formalnymi. Cóż zrobić, hybrydy wilka i człowieka nawet w kinie grozy nie zawsze wzbudzają litość i trwogę.