Inność rodzi złość

Data:
Ocena recenzenta: 8/10

"W moim domu mieszka ktoś niepotrzebny nikomu,
gdzieś z daleka, nie wiem skąd, inność rodzi złość.
W moim domu mieszka ktoś, kogo każdy chce dotknąć,
tak niewielu rozumie, gdy on ucieka tam,
gdzie nikt nie pyta oto skąd jesteś, jak się nazywasz,
gdzie każdy z nas może poczuć się taki sam..."

/"Polowanie na wielbłąda", Myslovitz/

Tolerancja. Proste słowo, przez jednych nadużywane, dla innych nic nie znaczące. To coś, co sprawia, że mimo, iż jesteś inny przez innych akceptowany. Czujesz się nie odrzucony przez inność zewnętrznego wyglądu, bo przecież wnętrze pozostaje niezmienne. Wciąż jesteś człowiekiem, istotą myślącą, kochającą, pragnącą spokoju.

On powszechnie szanowany urzędnik bankowy, ona przedszkolanka. Oboje wiodą spokojny żywot w niewielkim miasteczku do czasu, gdy pod oknem ich domu pojawia się wielbłąd. Zwierzę pozostawione przez grupę cyrkowców szybko odnajduje się w posiadłości państwa Sawickich. Nikomu niczego nie winne szybko staje się obiektem zainteresowania. Spacerując z dwugarbnym przyjacielem pan Sawicki staje się adresatem licznych komentarzy. Bo po cóż mu wielbłąd? Nie dość, że zanieczyszcza ulice, to na dodatek może być nosicielem jakiejś afrykańskiej choroby. Nie brakuje i ofert kuszących łatwym zarobkiem.

Film odsłania z jednej strony ludzką głupotę, z drugiej zaś niemoc zwykłego człowieka. Wystarczy przywołać scenę, w której Sawicki stawia się w urzędzie celem zapłaty podatku od zwierzaka, które nie figuruje w spisie. Ośmieszona zostaje wszechobecna biurokracja, jak i wąskie postrzeganie świata przez urzędników, którzy widzą tylko to, co wprost idealnie dopasowuje się w książkową regułkę.

Warto również zwrócić uwagę na scenę kręcenia reklamy napoju z wielbłądem w planie jako maskotką produktu. Nie ważne jak, ważne, by sprzedać. Liczy się chęć zysku, a jakoś trzeba przyciągnąć konsumenta. Klient nasz pan, ale czy wszystko jest na sprzedaż?

Trafnie dobrane czarno-białe zdjęcia tylko uwydatniają uniwersalizm tej historii. "Duże zwierzę" zostało opowiedziane najprościej jak się tylko dało. Oto właśnie chodziło, by widz skupił się na przesłaniu, a nie doznaniach wizualnych. Wprawdzie film kręcony w czasach współczesnych, to jednak odnosimy wrażenie, że jest to historia opowiedziana przez naszych dziadków. Reżyser chce dać nam do zrozumienia, że tak naprawdę żadna zmiana w nas się nie dokonała. Otaczająca rzeczywistość wciąż jest taka sama. My, czujący postęp na plecach pozostajemy wciąż bezduszni. Brak tolerancji, wyrozumiałości, po prostu zwykłego zrozumienia.

Bardzo lubię i cenię filmy Stuhra, jest w nich odbicie naszego życia, nietrudno doszukać się analogii. Należy jednak zaznaczyć, że w tym przypadku to nie tylko zasługa reżysera tej opowieści. Zapewne mało kto wie, że ta prosta historia miała być fabularnym debiutem słynącego z oryginalnych filmów, Krzysztofa Kieślowskiego. Scenariusz został napisany już w roku 1973, jednak ówczesna władza dopięła starań, by obraz nie powstał.

Liryczny, metaforyczny, wciąż aktualny.

Wcześniej opublikowano na: www.kinomaniaki.com