Bajka o lisku świrusku

Data:
Ocena recenzenta: 3/10

W dzisiejszych czasach nikomu nie można już ufać... Nawet entuzjastycznej recenzji michuka. To dzięki jego opinii na "Fantastycznego pana Lisa" poszedłem jak na skrzydłach: ambitna animacja, niekoniecznie tylko dla dzieci - to brzmiało szalenie obiecująco.

Niestety, tak świetnie to nie było. Ba, nie było nawet dobrze - ani futrzaste kukiełki nie zdobyły mojego oka, ani role (czyli głosy) kilku bardzo znanych aktorów ucha, a fabuła nie dotarła mi do serca. Dotarła najwyżej do nerek i tam uwierała dość niemiłosiernie, jak jakaś kolka. Trudno w takich warunkach spokojnie oglądać.

Obok fabuły bolesne było dla mnie samo prowadzenie scen: bohaterowie zachowywali się strasznie nienaturalnie, a męczyły mnie zwłaszcza niezrozumiałe pauzy w dialogach. Szczytem męczliwości były "borsucze oczy" - nie doszło do mnie zupełnie, dlaczego zwierzątko nagle wpadało w hipnotyczny trans (który widać było w jego oczach jako efekt rodem z niemego filmu slapstickowego), ani dlaczego powtarzało się to potem w najmniej spodziewanych momentach.

Fabuła była niby prosta, ale pełna mielizn w detalach. Pan Lis przeżywa chyba kryzys wieku średniego i najpierw kupuje okazały dom ("bo tak!"), a potem musi zaszaleć jak za młodych lat i w tym celu organizuje wielki skok na pobliskie farmy. Nie dziwota, że farmerzy nie pałają do niego miłością i przygotowują zemstę tyleż potężną, co nieskuteczną - podczas, gdy oni zaczynają metodycznie niszczyć ten jego nowy dom, Lis z rodziną schodzą - dosłownie - do podziemia...

Można by to odczytać jako opowieść o mitycznym Ostatnim Wielkim Skoku (coś jak w "Vabanku"), który ma zwieńczyć karierę (cóż że złodziejską - Clooney nadaje Lisowi rys arystokratycznej godności), ale mnie brzmi to raczej jak zapis mrocznej obsesji głównego bohatera, wciągającej go coraz głębiej, bez względu na konsekwencje. A te są naprawdę duże, bo farmerzy to typki równie zawzięte, jak Lis jest szalony. To szaleństwo zawdzięcza pewnie ekscentrycznemu Roaldowi Dahlowi, na którego powieści opiera się scenariusz, ale dziwna, nietypowa realizacja także ma w tym swój udział.

Jednak "Nie wszystko było złe, nie wszystko - wiele rzeczy nam wspaniale wyszło". A wyszła przede wszystkim postać Szczura - ten bohater robi wrażenie, widać, że jest degeneratem i groźnym przeciwnikiem. Dla mnie jest to chyba jedyna wyrazista, zrozumiała postać z całego filmu. Starania małego liska o zdobycie szacunku ojca wzbudziły moją sympatię, ale to już nie wciągało aż tak.

Dziwna fabuła, staromodny (i szalenie już nieefektowny) sposób animacji, bohaterowie w większości nie zajmujący - już chyba jasne, że mnie się to nie bardzo podobało. Tyle tylko, że dało się obejrzeć i z grubsza śledzić przebieg akcji, ale to tylko ratuje film przed ostatnim kręgiem piekła, na żadne pochwały nie może z mojej strony liczyć. Prawdę mówiąc, nie rozumiem nawet dlaczego innym się generalnie podobało, choć animację lubię bardziej niż przeciętny widz.

Na sali kinowej oczywiście nie było tłumu, bo to kilka miesięcy po premierze i to w środku lata. Było tylko kilka mam z dziećmi, chyba bardzo zaskoczonych, że będą podziwiać oryginalne głosy wielkich aktorów, a napisy - cóż, dzieci same ich nie przeczytają... Bardzo nietrafiona decyzja polskiego dystrybutora.

Warto? Nie bardzo. Albo bezpieczniej - lepiej po prostu nie iść.

Zwiastun:

To nie jest raczej film dla dzieci, a na pewno nie dla tych co nie umieją czytać napisów. Morał jakiś taki mało krzepiący (złodziejstwo i listo-chytrostwo popłaca), promocja alkoholizmu i niesłuchania się mądrej żony (bo tak!) -- chyba niewiele z tego maluchy dobrego wyniosą.
Jednocześnie jakieś 50% czaru tego filmu to głosy podkładane przez Clooney'a, Streep, Murray'a i Dafoe, więc puszczanie tego z dubbingiem również IMHO pozbawione jest sensu.

Mnie Pan List całkowicie urzekł, uchachałem się w kinie niesamowicie, przemówiła do mnie historia (może dlatego, że potrafiłem się prawie w 100% utożsamić z głównym bohaterem), podobała mi się ta old-schoolowa animacja... właściwie to nie potrafię znaleźć w tym filmie wad.

Jedyne czego nie rozumiem to fakt sugerowania się przez Ciebie kocio moimi rekomendacjami. Ja już się nauczyłem, że jeśli coś bardzo polecasz (np Dobre serce), to omijam to w kinie szerokim łukiem, podobnie jak np rekomendacje czary -- jednocześnie z uwagą czytam Wasze recenzje, bo są bardzo ciekawe i cały czas zaskakuje mnie jak to możliwe, że nasze gusty tak bardzo się od siebie różnią.

Wiesz, jak ktoś wali 9-10, to można obejrzeć choćby z ciekawości, że może gdzieś 6-7 wyciągnie. =} W "Incepcji" np. wyszło, o czym niedługo napiszę notkę. A w sumie z tobą mam wysokie powinowactwo (oczywiście to nie jest relacja symetryczna, więc możesz mieć zupełnie inaczej).

I nie przekonasz rodziców, że jak animacja i bajka, to nie musi być koniecznie dla dzieci... No way.

I nie przekonasz rodziców, że jak animacja i bajka, to nie musi być koniecznie dla dzieci... No way.

Czyli gdyby była kinowa premiera "Maski" braci Quay to tłumy rodziców waliły by z dziećmi? To by się chyba dopiero rozczarowały ;)

Jako dopełnienie Waszej dyskusji przytoczę słowa Michała Oleszczyka, który analizując twórczość Wesa Andersona, dopuścił się ciekawego stwierdzenia:

Humor filmów Andersona jedną część widzów pozostawia obojętnymi – bywa niemal podprogowy – drugą część natomiast łaskocze bez litości. W istocie, owo poczucie humoru zdaje się być kartą wstępu do uniwersum Andersona: kto nie pojmie, że reżysera śmieszą nawet niektóre ruchy kamery – jak nagła panorama w bok, dublująca bezradne spojrzenie świadka zdarzeń – ten zapewne pozostanie odporny na całość jego estetyki. Kto jednak poczuje, że formalny dystans i narracyjny sarkazm to tylko pozór; kto zobaczy, jak wiele bólu nosi w sobie każda z Andersonowskich postaci, ten ma szansę przeżyć spotkanie z twórczością naprawdę niezwykłą.

Pełny artykuł w Tygodniku Powszechnym

Nie powiem, bardzo fajny artykuł - widać kiedy pisze ktoś, kto umie się wczuć i ma mózg. =} Dobre wprowadzenie, którego z pewnością mi zabrakło, ale nie ma pośpiechu - i tak nie zmieniłoby drastycznie moich wrażeń, a proces wchłaniania nowych, obcych mi rodzajów wrażliwości trwa często latami.

Już kilka dni minęło i zapomniałem, że podobała mi się też - poza postacią Szczura - scena z wilkiem. To mnie i śmieszyło, i miało w sobie siłę emocjonalną.

Świetny tekst. Zresztą jak większość autorstwa Michała Oleszczyka. Co do rozpoczętej dyskusji... Nie zgadzam się jakoby rodzicom nie można wmówić, że bajka animowana nie jest dla dzieci.
Wystarczy poszukać jak wiele osób zrezygnowało z seansu "Koraliny", bo media odstraszały rodziców twierdząc, że dzieci mogą się autentycznie przestraszyć. Tym samym zmniejszyła się ilość widzów w wieku młodszym, a starsi bardziej się do niego przekonali.
Podobnie byłoby tutaj, gdyby nadszedł czas premiery...

Co do Michała Oleszczyka to naprawdę podziwiam jego pióro i... wyobraźnię. Ale czasem mam wrażenie, że się wspomaga... Z "Limits of control" wyszedł mu film o życiu. Z kolei o "Wkraczając w pustkę" Noe napisał tak. Naprawdę zazdroszczę wrażeń :)

Mi samemu z "The Limits of Control" wyszedł film o życiu, a niczym się nie wspomagałem ;-)

To koniecznie napisz coś więcej!

A misie bardzo. Niesamowicie ludzkie te wszystkie (anty)społeczne zachowania, aż do najmniejszego gestu. I sposób animacji, taki staroświecki, też mi się podobał. A i film nie za długi i nie nużył. Zdecydowanie to lepsze od Herzoga. ;P

A nie mówiłem, że nie można nikomu ufać - z tobą mam niską korelację gustów, z michukiem wysoką, a z obojgiem się tu nie dogadaliśmy. =}

Dodaj komentarz