Sprawa osobista

Data:
Ocena recenzenta: 8/10

Trudno mi powiedzieć o czym jest ten film, ale nieźle wciąga. I to nie akcją, ale przeżyciami bohaterek. Zaryzykuję, że to film o życiu wewnętrznym, dopiero potem o mechanizmach mediów, o cenie kariery czy o konflikcie między - teoretycznie - bliskimi ludźmi i sojusznikami.

Po wierzchu jest to typowy materiał interwencyjny. Wydarzenia są sprzed zaledwie kilku lat i był to wielki skandal, który wstrząsnął Ameryką. Aż dziw, że ktoś miał odwagę sfilmować taki temat, bo już sam dział prawny musiał kosztować majątek. W tych sprawach dolary lały się milionami, można było się więc wystraszyć, ale ten film jednak powstał i to mnie zaskoczyło.

Akcja dzieje się w środowisku medialnym i tempo scen jest rzeczywiście szybkie. Przez pewien czas miałem kłopoty z odróżnianiem bohaterek - jedna blondynka, druga blondynka, trzecia blondynka i chyba jeszcze trochę innych blondynek w tle... W pewnym sensie to jest jeden z motywów filmu, o którym wprost mówi jedna z kobiet: to wzajemne podobieństwo ma przypominać pracownikom, że są jak żołnierze - nie ma ludzi niezastąpionych. Ten system tak działa.

Przy czym ciężko powiedzieć co właściwie ten system napędza. Może to kwestia szalenie konkurencyjnego segmentu biznesu? Może chodzi o władzę, która pozwala łamać ludzi dla osiągnięcia zachcianek? A może w ogóle o różne podejście według klucza płci? Najpewniej jednak nie ma jednego źródła, wszystkie te elementy mają jakieś znaczenie. Włącznie z ambicjami dziennikarek.

Ciekawe jest dla mnie jak ten film jest nakręcony, a nie dokładnie o czym. Bo niby mamy typową historię o dziennikarzach, ale brak tam hałasu przekrzykujących się ludzi, rwących się telefonów, klepania w klawiaturę i całego tego anturażu. Jest dziwnie cicho. W dodatku bohaterki poza wizją mówią półgłosem. Jest też niby sensacja i zwroty akcji w stylu kto kogo wykiwa, ale nie ma jakiegoś Makiawela. Każdy myśli o strategii dla siebie i nawet nie ma za złe innym, że grają w tę samą grę. Nie ma żadnego triumfalizmu, jest determinacja, ból, walka, szukanie swojego miejsca i refleksja co jest naprawdę ważne.

Cały pozew przeciw Ailesowi to od początku świadome starcie z gigantem, ale na miarę swoich możliwości. I, co ważne, wcale nie dla pieniędzy ani sławy. Nie dla idei nawet, bo w te chyba nikt nie wierzy, na wizji liczy się czysta skuteczność. Zresztą poza anteną to także wytłumaczenie dlaczego przez wiele lat żadna dziennikarka nie puściła pary z ust. Przy całej świadomości perfidii manipulacji i szoku z powodu zdeptania godności oraz wstrętu, wchodzą w ten układ, bo chcą osiągnąć swoje cele zawodowe. Świetna jest retrospekcja, w której propozycja seksu w zamian za awans jest na bieżąco komentowana myślami bohaterki. Słyszymy rozwijającą się krok po kroku kalkulację jak sobie poradzić w takiej upokarzającej sytuacji.

Film chyba najbardziej skupia się na obronie elementarnej ludzkiej godności, ale zamiast patosu albo przyjemnego odreagowania w postaci efektownej zemsty jest to przedstawione oszczędnymi środkami, głównie aktorskimi. To fenomenalne wcielenia w rolę wszystkich trzech bohaterek oraz Ailesa. Ogromne uznanie dla charakteryzacji i kostiumów, z czego oczywiście największe wrażenie robi otyłość Lightowa, ale też i Theron, i Kidman wyglądają jak ktoś inny (co akurat u Charlize Theron mnie nie zaskoczyło). Jednak najważniejsze jest to smutne spojrzenie (czasem zza umiarkowanego profesjonalnego uśmiechu), grymasy żalu, wstydu, zaskoczenia, goryczy, wściekłości, lęku.

Każdy z bohaterów tej historii jest zdany na siebie i przyjmują to z zadziwiającym fatalizmem. Tak jest i już, można tylko zawalczyć o swoje, jak przystało na silne osobowości. Ale nawet ci słabi nie mają zbyt wiele złudzeń i nie oczekują pocieszenia. Możemy z bliska przeżywać problemy postaci na ekranie, ale nie miałem ochoty nikomu kibicować. Sami wybierali i wybiorą swoją drogę. Mantrą Ailesa jest lojalność, ale to tylko zasłona dymna dla podporządkowania sobie tych kobiet. W tym środowisku zresztą każdy może zdradzić, i on sam także tego doświadcza. Nawet bliskość poglądów czy interesów politycznych przed niczym nie chroni, nieraz można dostać bardziej bolesny cios niż od nominalnych przeciwników.

Mimo grania głównie na siebie (mówię tu o postaciach, a nie o aktorach) są jednak w tym filmie nikłe wątki odpowiedzialności za innych. Chyba najmocniej zadziałał na mnie fragment sceny, ledwie sekundowe bezpośrednie ujęcie na twarz córki Megyn. W taki ekspresowy sposób zaznaczona została troska czy ta śliczna blondynka będzie musiała w przyszłości znosić takie same upokorzenia. Zresztą takich krótkich sygnałów dotykających różnych rzeczy jest sporo i być może warto obejrzeć film jeszcze raz, albo pozwolić myślom krążyć już po seansie, bo jest nad czym się zastanawiać. Tylko kilka takich pytań padło z ekranu wprost, i jedno ze smutniejszych było o tym, czy gdzie indziej będzie lepiej.

Zwiastun:

No i jest zasłużony Oscar za charakteryzację... Gratulacje!

Z rzeczy, które jeszcze mi się rzuciły w oczy, to że w tym filmie poza Ailesem faceci stanowią tylko tło, cała opowieść dzieje się głównie między kobietami. Właściwie ta konstrukcja z jednym dominującym mężczyzną i kobietami krążącymi wokół niego przypomina mi trochę "8 kobiet", choć tylko w najogólniejszym zarysie.

I drugi drobiazg - Jay Roach, reżyser, który latami robił hitowe głupawe komedie w rodzaju "Kolacja dla palantów", "Austin Powers" czy "Poznaj moich rodziców" radzi sobie bardzo dobrze w kinie o zabarwieniu politycznym, przynajmniej gdy mowa o tym filmie. Widać kiedy nastąpił zwrot - w 2012 ("Wyborcze jaja").

Ciekawa jest rozmowa autentycznych dziennikarek z Fox News poprowadzona przez Megyn Kelly po obejrzeniu filmu - wygląda na to, że film oddał ich przeżycia:

https://www.youtube.com/watch?v=MmSz7HqkI9s

Dodaj komentarz