"Chrzest" czyli Dom zły meets Sin Nombre

Data:
Ocena recenzenta: 8/10

Laureat Srebrnych Lwów na tegorocznym festiwalu w Gdyni, "Chrzest" Marcina Wrony, to jeden z ciekawszych polskich filmów ostatnich lat, pokazujący że o naszej współczesności można opowiadać szczerze i boleśnie, a nie tylko w sposób komediowo-romantyczny, do czego przezwyczaiła nas większość krajowych produkcji.

Michał (Wojciech Zielinski). Bogaty biznesmen noszący brzemię przeszłości. Niczym protagonista w Sin Nombre Fukunagi jest świadom swego końca i jedyne czego pragnie to uratowanie tej którą kocha (choć dziwny to rodzaj miłości, podobny do miłości króla do urodziwej służącej). Zamiast mówić milczy, udając że wszystko będzie dobrze. Zadowalają go choćby pozory szczęścia. Do końca wyprostowany, chce odejść w czystym garniturze. Dlaczego jednak uznajemy to za tchórzostwo?

Janek (Tomasz Schuchardt). Kolega z wojska. Przyszły chrzestny. Z początku nieświadomy swojej roli, stopniowo zaczyna dostrzegać grę jaką zaplanował dla niego Michał. Rozkraczony między lojalnością wobec przyjaciela a własnym bezpieczeństwem, długo broni się przed decyzją, jednak ostatecznie będzie musiał dokonać wyboru, skazując tym samym jego lub samego siebie na śmierć.

Magda (Natalia Rybicka). Zagadkowa. Z pozoru prosta i naiwna, nieświadoma tego co się wokół niej dzieje i nie rozumiejąca przemiany jaką przechodzi Michał. Ale czy to nie maska, za którą skrywa własne przerażenie? I czy domagając się prawdy nie wolałaby tak naprawdę pozostać w swoim stanie błogiej nieświadomości, udając do ostatniej dramatycznej chwili, nie umiejąc pogodzić się z końcem?

Męskich bohaterów "Chrztu" nie sposób polubić. Wplątani w sprawy wykraczające poza ich możliwości sprawcze, miotają się, próbując zachować ostatki godności. Paradoksalnie, zdecydowany i bezwzględny Gruby (w tej roli zupełnie odmieniony po roli Popiełuszki Adam Woronowicz) jawi nam się przy nich jako wcielenie brutalnego ale jednak porządku.

Nieprzyjemny nastrój zwiastujący nieuchronną tragedię towarzyszy widzom "Chrztu" od pierwszysch scen i nie znika jeszcze długo po opuszczeniu sali kinowej.
Szczególnie porażająca jest końcowa scena chrztu i późniejszej rodzinnej biby. To kulminacja, moment rozwiązania, ale trudno nam w sakramencie znaleźć nadzieję. Metaforyczna interpretacja (chrzczony przechodzi symboliczny chrzest nie w mniejszym stopniu niż sam ojciec chrzestny) wydaje mi się tu mniej interesująca. Najciekawsza i najstraszniejsza zarazem jest obserwacja powolnego upadku Michała, na który sobie zasłużył, ale z którym nie może się pogodzić, do ostatniej chwili zachowując nadzieję, dziejącym się równolegle z dojrzewaniem Janka i jego stopniowym wchodzeniem na tę samą drogę jaką przed laty obrał przyjaciel.

Analogia z Domem złym nie jest może oczywista, jednak ja dostrzegam tu pewną ciągłość. Zmieniły się czasy i standardy, mamy piękne nowoczesne mieszkania, drogie samochody... Ale w tych drogich domach i samochodach taki sam fałsz, kombinatorstwo i obłuda jak w zabitych dechami wioskach lat 70-tych.

Prawdziwy jest za to zarzut, że Wrona pokazuje świat, w którym to mężczyźni są panami losu swojego i swoich kobiet. Te drugie, mimo wysiłków Rybickiej, zredukowane są do roli smacznych przystawek; nie decydują, a poddają się woli twardych mafiozów. Pytanie czy to szowinizm reżysera (takie zarzuty usłyszał on już po premierze swojego debiutu, "Mojej krwi"), czy po prostu wierny portret pewnej części naszego społeczeństwa?

Zupełnie nie dziwi jednak obecność "Chrztu" na najważniejszych światowych festiwalach. To przemyślane, świetnie zrealizowane (również technicznie, co bardzo się chwali!) i uniwersalne (mimo wielu "polskości") kino, opowiadające historię która porusza. Trudno mi wymagać więcej.

Plakat:

Zwiastun:

Premiera kinowa zaplanowana jest na 22 października 2010 roku.

Zwiastun:

Reżyser na temat pokazów "Chrztu" na festiwalu w Toronto:

Pierwsze reakcje po projekcji przerosly moje najśmielsze oczekiwania. Prawie cała sala pozostała po projekcji, by gratulować lub zamienić słowo i trwało to tak długo, że obsługa kilkakrotnie interweniowała. Potem sytuacja powtórzyła się przed wejściem do kina. W życiu czegoś takiego nie przeżyłem, mnóstwo autografów (co mnie zawsze zawstydza), zdjęć. Filmowcy mają tu naprawdę status gwiazdy, ale jednocześnie są dostępni dla widowni. Odnoszę wrażenie, że film poruszył wiele osób i, co budujące, wyzwolił pozytywne emocje – a przecież to temat mało komediowy. Przez całą projekcję widzowie oglądali film w napięciu, a w trakcie dyskusji publiczność wielokrotnie wyrażała aplauz oklaskami, zwłaszcza komentując moje wypowiedzi, że nasz film nie stara się kopiować Hollywood. Myśle, że sukcesem „Chrztu" jest jego uniwersalny charakter, co wspaniała publiczność wyraziła entuzjastycznie wczoraj

Dodaj komentarz