Rotterdam 2018, część IV: W poszukiwaniu rotterdamskiego tygrysa…

Data:


Piercing, reż. Nicolas Pesce, prod.: USA 2018, czas: 81’ , sekcja: Konkurs główny
Debiut reżyserski współprodukowany przez Seana Durkina i Antonio Camposa to profesjonalnie rozegrane studium mordercy i jego ofiary. Bezbłędnie z tym zadaniem poradziła sobie para aktorska Mia Wasikowska i Christopher Abbott. Tytuł zakwalifikowano do konkursu głównego zaraz po premierze w Sundance, chociaż puryści bardziej widzieliby go w towarzystwie filmów nocnego szaleństwa. W stylizowanym na giallo thrillerze młody ojciec umawia się z prostytutką, którą planuje zamordować. Nic jednak nie dzieje się zgodnie z planem, łazienkowa wanna kipi błotnistą mazią, a nożyczki pójdą w ruch kilkakrotnie. Groteskowy horror bawi się konwencjami, puszcza oko do widzów pamiętających „Audition” czy „Nagi instynkt” i proponuje błyskotliwą zabawę prowadzącą do oczyszczającego finału. Możnaby powiedzieć, że to tylko wprawka, ale jeśli tak jest, to wiele filmów nawet w połowie nie jest tak dobrze przygotowana ani skonstruowana jak „Piercing”.

Nervous translation, reż. Shireen Seno, prod.: Filipiny 2018, czas: 90’, sekcja: Konkurs główny
Kilkuletnia filipińska dziewczynka w tajemnicy przed mamą odsłuchuje stare taśmy magnetofonowe z nagraniami głosu ojca. Spędza samotnie czas wolny gotując posiłki na miniaturowych mebelkach. Przypadkowo kasowane fragmenty monologów ojca dziewczynka uzupełnia własnym głosem. Telefonuje też do kolegi testować wiedzę z matematyki, marzy o reklamowanym długopisie i bacznie obserwuje mamę, której fryzurę porządkuje usuwając zauważone siwe włosy. W tym świetnie udźwiękowionym debiucie reżyserka zawarła serie wspomnień z dzieciństwa, dziecięcą fascynację robotami i nuconymi hasłami reklamowymi. A potem wszystkie te wspomnienia zostają rozmyte przez nagłą zmianę pogody. To film konkursowy, któremu z powodu najmniej nachalnego przekazu najbardziej kibicowałem. Wprawnym widzom automatycznie nasuną się skojarzenia z malezyjskim „Kwiatkiem w kieszeni” czy tajwańską „4:30”. „Nervous translation” nie wskakuje od razu do panteonu klasyki, ale to kawałek kina, do którego chętnie wrócę.

I Have a Date with Spring (Na-wa-bom-nal-eui-yak-sok), reż. Baek Seungbin, prod.: Korea Płd. 2018, czas: 93’, sekcja: Konkurs główny
Borykający się z niemocą twórczą reżyser postanawia po 10 latach streścić grupie fanów swój nowo pisany scenariusz. Tworzony pod roboczym tytułem „Projekt apokalipsa” skrypt opowiada o świecie przyszłości. Postaciami są kolejno nastolatka, zapracowana matka oraz samotny profesor; każda świętuje urodziny i każdej ktoś inny oddaje coś dla nich istotnego. Tłem wydarzeń są post-apokaliptyczne, puste miasta, których smętny nastrój stopniowo ustępuje pojawiającej się nadziei na lepsze jutro. To ten z filmów, który niestety poraża naiwnością dialogów i manierą w jakiej jest kręcony. Ani nowelowy charakter filmu, ani scenariusz nie kwalifikują go do konkursu głównego, mimo to myślę, że historia znajdzie swoich amatorów.