W opresji obcych języków.

Data:
Ocena recenzenta: 6/10

Obsceniczny, plugawy, uliczny, wulgarny, pikantny, świński. To niekoniecznie epitety, którymi należałoby opisać konkursowy film, laureata Złotego Niedźwiedzia; a słowa, które powtarza trenując język francuski izraelski imigrant. Yoav, spacerujący po paryskich ulicach w charakterystycznym musztardowym płaszczu, korzystając z książkowego słownika, nieudolnie stara się wtopić w realia obcego miasta, zakorzenić w nowym miejscu, nie mając przed sobą szansy powrotu do kraju ojczystego. Wzdrygający się na myśl o używaniu hebrajskiego uciekinier wojskowy odwiedza kolejno izraelską ambasadę, ośrodek szkoleń językowych dla uchodźców oraz biura potencjalnych pracodawców. Na powierzchni utrzymuje go znajomość z francuską parą, Emilem i Caroline, którzy z niejasnych powodów oferują mężczyźnie ustawiczną pomoc.

Społecznie nadal istotny temat imigracji festiwalowe propozycje konkursowe poruszały już wielokrotnie, zwłaszcza w kontekście kryzysu śródziemnomorskiego, jak choćby w zwycięskim „Ogniu na morzu” (2016). Na festiwalu w Cannes społeczne dysproporcje Szwecji wytknął w bardzo podobnej, choć mniej chaotycznej stylistyce, Ruben Ostlund („The Square” 2017). Czy „Synonimy” faktycznie były najlepszym filmem konkursu? Trudno wyrokować, tym bardziej, że propozycje Berlinale startujące do nagrody głównej były mocno zróżnicowane. Reżyser bazujący po części na doświadczeniach swojego życia wypracowuje nierówną, ale w pewnym stopniu uniwersalną opowieść – tytułowe synonimy to losy podobnych mu, anonimowych osób, desperacko walczących o zachowanie godności w obcym miejscu. Ich sytuację można odwzorować na przykładzie dowolnego kraju goszczącego imigrantów. Chociaż określenie „goszczącego” to spore nadużycie.