Rewolucyjna klasyka

Data:
Ocena recenzenta: 7/10

Wiatr, trzask drewna w kominku, deszcz, gałąź uderzająca o szybę. Błoto, bezkresne wzgórza, mgła. Ziemie Yorshire są chłodne i bezlitosne a mimo to piękne. Tak jak brudna, pierwotna, dzika i w ten właśnie sposób prawdziwa jest miłość rodząca się w tej scenerii.

Jeśli nie czytaliście książki panny Brontë (podobnie jak ja) to na pewno znacie tę historię z jej licznych adaptacji. Najpopularniejszą jest ta z 1992 roku z Juliette Binoche i Ralphem Fiennesem w głównych rolach. Tak popularna może dlatego, że skupia się na niespełnionym romansie wyciskając z niego wszystko co najbardziej tkliwe. Pamiętam, że oglądając film jako nastolatka dałam się ponieść takiemu melodramatyzmowi. Ale kto się bardziej zagłębił w strony „Wichrowych Wzgórz ” wie, że dotychczasowe wersje filmowe były ich wielkim uproszczeniem a czasem przekłamaniem. Bohaterowie zostali bardzo wygładzeni i ucywilizowani bo na kartach książki cała historia nie jest przecież jedną wielką kliszą…

Uczucie między Catherine a Heathcliffem rodzi się gdy są jeszcze dziećmi więc w sposób bardzo niewinny. Są właściwie przyjaciółmi, którzy spędzają ze sobą dużo czasu a to z ust dorosłych wychodzą definicje ich relacji, to oni ich obserwują, pilnują, piętnują.

Heathcliff jest nieokrzesany. Jego świat pełen jest okrucieństwa i wulgaryzmu. Wobec zwierząt i wobec ludzi. Padają ostre słowa, bluźnierstwa, przekleństwa. Arnold każe nam patrzeć na zabijanie zwierząt i poniżanie Heathcliffa. Walka klas ledwie zarysowana w poprzednich adaptacjach tu jest wyjątkowo okrutna. W tym surowym świecie rodzi się choć dzikie to czyste uczucie.

To dopiero Andrea Arnold przypomina dlaczego powieść Brontë była uznawana przez współczesnych za obrazoburczą. Reżyserka zafundowała nam prawdziwy rajd, poszła w zasadzie na całość. Zupełnie zignorowała a raczej wręcz odrzuciła dotychczasowe klasyczne realizacje twórczości pisarki. Jej poprzedni film - „Fish Tank” jest w moim rankingu jednym z najlepszych filmów ostatnich lat. Mocne społeczne brytyjskie kino obrazujące prawdziwych ludzi z nie tak małego marginesu społeczeństwa. To po tym filmie ostatecznie zakochałam się w Michaelu Fassbenderze a w zasadzie w jego talencie. To wielka sztuka tak uroczo zagrać dupka :) Tu Arnold także zwraca się do ludzi wykluczonych. Jej Heathcliff jest w końcu czarnoskóry, tak jak opisywała go pisarka. To głównie dlatego jego miłość do Catherine była tak niepoprawna.

„Wichrowe wzgórza” były w konkursie ostatniego Camerimage. Nie udało mi się ich wtedy obejrzeć ale uczestniczyłam w spotkaniu z operatorem co było bardzo inspirujące. Robbie Ryan pracuje z Andreą już przy kolejnym filmie. Mówi się, że to w tej chwili najlepszy angielski autor zdjęć. I rzeczywiście praca jaką wykonał we „Wzgórzach” jest imponująca. Para-dokumentalne zdjęcia, niczym z filmu przyrodniczego: zbliżenia na wędrującego żuczka, długie ujęcia niewzruszonych wzgórz, bardzo bliskie kadrowanie twarzy bohaterów. Jury Camerimage przyznało mu brązową żabę za „oryginalne sfilmowanie klasycznej opowieści”. Wcześniej doceniono go również w Wenecji.

„Miłość jest siłą natury” – to motto filmu. Natura jest także jego siłą. Odważny, oryginalny film, który jestem pewna wielu się nie spodoba. Bo długi, nudny, chaotycznie zagrany. Kto jednak ma ochotę na rewolucje w klasyce, ceni doskonałe, wręcz bajkowe zdjęcia i nie lubi w kinie poprawności ani sztampy powinien „Wzgórza” obejrzeć.

Tekst ukazał się na moim blogu www.skrawkikina.com

Zwiastun:

Świetna recenzja. Powinni ją dołączać do ulotek reklamowych. Jej lektura mówi wprost, dla kogo jest ten film i kto powinien go sobie odpuścić.

dziękuję za uprzejmości :)

Nie ma za co. Absolutnie zasłużone. :)

Popieram Nevamarję, świetna recenzja. Dobre są takie ostrzeżenia i uprzedzenia dla widzów :) Zastanawia mnie jednak, skąd twierdzenie jakoby Heathcliff był w powieści czarnoskóry.

Specjalnie upewniłam się teraz, sięgając do tekstu oryginalnego na stronie Project Gutenberg, że jest opisany następująco:

He is a dark-skinned gipsy in aspect, in dress and manners a gentleman (rozdział pierwszy)

dirty, ragged, black-haired child (...), gipsy brat
(rozdział czwarty)

Czyli mowa raczej o urodzie cygańskiej niż murzyńskiej. Oczywiście nie jest to informacja bardzo ścisła, bo kolor skóry takich osób może mieć bardzo różne odcienie.

Jest to oczywiście detal - niedookreślone, prawdopodobnie cygańskie pochodzenie w "wystarczającym" stopniu stygmatyzowało bohatera i ustawiało go nisko w hierarchii społecznej z punktu widzenia brytyjskiej szlachty - ale potencjalnie istotny, gdyby ktoś chciał np. wykorzystać film w swojej prezentacji maturalnej.

tak, masz rację reżyserka poszła o krok dalej i zrobiła z cygana czarnoskórego. Choć na podstawie opisu Bronte można by też zaryzykować stwierdzenie, że to równie dobrze mógłby być metys/Mulat.

Dlatego samo obsadzenie w tej roli czarnoskórego jest całkiem zrozumiałe i może nawet pozwala lepiej oddać ducha powieści (w takim sensie, że ktoś "tylko śniady" mógłby nam się nie wydawać wystarczająco różny od pozostałych postaci, żeby robić wrażenie).
Podobną kwestią jest obsadzanie roli Otella, który bywa śniadym Arabem albo zupełnie czarnym przybyszem z głębi Afryki.

Dodaj komentarz