Dziś prawdziwego SF już nie ma

Data:
Ocena recenzenta: 8/10

Zagorzali fani narzekają na nowy odcinek swojej ulubionej serii (http://ars.userfriendly.org/cartoons/?id=20081125). Ja nigdy do ich grona nie należałem. Być może właśnie dzięki temu filmowi skusze się i zapoznam się bliżej z całą serią.

Zarzuty kierowane pod adresem Star Trek AD 2009 opierają się nader często na porównaniach do seriali oraz wcześniejszych pełnometrażowych filmów, które nawiasem mówiąc nigdy nie zbierały nazbyt pochlebnych ocen wśród szerszej publiczności. Moim skromnym zdaniem nie na miejscu są takie porównania, zwłaszcza w tym przypadku.

Po pierwsze, scenarzysta w serialu ma niepomiernie więcej czasu na przedstawienie postaci i świata. W dziesiątym odcinku trzeciego sezonu może bez wyrzutów sumienia nawiązać do poprzednich 9 i tylko odrobinę więcej zręczności wymaga przywołanie czegoś z pozostałych czterdziestu czy pięćdziesięciu. W filmie kinowym nawiązaniami należy posługiwać się nader oszczędnie by nie zrazić tych którzy poprzednich części nie widzieli. Efekt: na fabułę zostaje nie więcej czasu niż w jednym telewizyjnym odcinku.

Secundo, to już specyfika Star Treka (i innych historii SF), dzisiaj SF w stylu drugiej połowy XX w nie znajduje nowych odbiorców. Starsi, którym nie przypadły do gustu premierowe emisje np. TNG raczej się do filmu i gatunku nie przekonają. Dla młodych SF z przerostem bajkowej technologii jest dziś nudne i nie jest to kwestia ewentualnych ograniczeń intelektualnych, to kwestia otaczającej rzeczywistości.

Pięćdziesiąt lat temu świat wchodził (mimo, że wtedy jeszcze tego nie wiedział) w okres najdynamiczniejszego rozwoju w swoich dziejach. Wszyscy w mniejszym lub większym stopniu to czuli. Pisarze i filmowcy mogli wyposażać swoich bohaterów w najcudowniejsze wynalazki a publiczność wzdychała z zachwytu. Czymże są jednak dzisiaj miniaturowe komunikatory używane na USS Enterprise? Prawie, każdy ma dziś taki w kieszeni. Podróże międzygwiezdne? Już w szkole średniej na fizyce tłumaczy się dlaczego jest to mało realne. Pół wieku temu nikt tego nie wiedział i można było znacznie swobodniej fantazjować.

Dzisiaj nauka rozwija się nie wolniej niż pół wieku temu jednak od pewnego czasu ma wyraźne kłopoty wizerunkowe. Nie pobudza masowej wyobraźni w takim stopniu jak kiedyś. Dzieje się to oczywiście ze szkodą dla kultury i cywilizacji ale to po prostu fakt. Twórcy filmów takich jak ten nawet jeśli posiadają ambicję pokazania fantastyki naukowej muszą najpierw widza przyciągnąć i przekonać go, że mają coś ciekawego do powiedzenia. Dopiero jak to im się uda, a udało im się, mogą myśleć o odbudowywaniu pozycji nauki w masowej wyobraźni. Star Trek AD 2009 to dobry początek nowej ery SF.

Zwiastun:

W pełni się zgadzam -- niełatwo zrobić dobry film, szczególnie, jeśli do serialu ludzkość przyzwyczajała się przez lata. Niełatwo widza zachwycić super-gadżetami, bo już naoglądaliśmy się kosmicznej technologii i nic nas nie zaskoczy. W początkach serialu teleportacja wystarczyła, żeby widza wcisnąć w fotel. Teraz sama w sobie śmieszy.
I tutaj pojawia się pytanie -- czym zainteresować widza, skoro już same efekty nie wciągają? To pytanie to inna strona zagadnienia - czym różni się Lem, Dick czy film taki jak Alien od reszty fantastycznej "szmiry"?
Dlatego chciałbym się po prostu dowiedzieć, czy nowy Star Trek jest dobrą fantastyką, która stawia jakieś pytania i hipotetyzuje na temat możliwych postaw i zachowań ludzkich w kosmicznej scenografii, czy pozbawionym refleksji wideoklipem. Niekoniecznie, czy dokładnie odzwierciedla serial.

O, to właśnie! Tego samego chciałbym się dowiedzieć. Czy bliżej tu do Lema czy do Ocean's Eleven w kosmosie? W obu wypadkach chętnie się przejdę, ale z zupełnie innym nastawieniem :)

Przy tak postawionym pytaniu można się pokusić o nazwanie Star Treka AD 2009 fantastyką „antynaukową” albo przynajmniej antytechniczną bowiem największy nacisk został położony na postawy ludzi i pół-ludzi. Filmowi zdecydowanie daleko do ukochanych przez Lema szczegółowych opisów techniki, Ocean's Eleven nie widziałem.

Moim skromnym zdaniem proporcje pomiędzy stroną rozrywkową a „filozoficzną” są w tym filmie właściwe. W przeciwieństwie np. do 2001 gdzie widzowie lądują wprost w nad wyraz bujnej wyobraźni reżysera i część z nich (ja na przykład) musi się zmagać nie tylko z postawionymi tezami ale i z językiem dowodu.

W Star Treku 2009 zdecydowanie brakuje drugiego dna. Jest widowiskowy i wciągający (dlatego napisałam pozytywną recenzję), ale na filozofię nie ma co liczyć. A jeśli już, to dość płytką. Do kina można iść, żeby sobie odpocząć i trochę rozprostować zwoje. Jak na nową erę SF to trochę mało, ale wystarczy, żeby się rozerwać. :)

Nowy "Star Trek" jest w miarę dobrym rozrywkowym filmem z efektami specjalnymi na pierwszym tle. Fabuła jest mało ambitna. Miano s-f można mu chyba przypisać dlatego, że akcja rozgrywa się w kosmosie. Daleko mu do Blade runnera, czy Aliena. Jako czysta rozrywka przegrywa też z Gwiezdnymi wojnami, gdzie była znacznie ciekawsza fabuła i coś takiego jak chociażby "moc". Kino tego gatunku jeszcze nie do końca umarło. Rzadko, bo rzadko ale można trafić na wartościowe i ciekawie od strony wizualnej science fiction. W tej dekadzie na pewno do takich można zaliczyć: "Raport mniejszości", "Ludzkie dzieci", "W stronę słońca".

Bez przesady. Chociażby biorąc pod uwagę samą nazwę "science-fiction" nowy Star Trek "siedzi" w temacie jak najbardziej moim zdaniem.
Na dobrą sprawę w ten sam sposób można by wykluczyć z tego terminu całą masę podobnych filmów z Gwiezdnymi Wojnami włącznie.
Sam intelektualne sci-fi też lubię, ale nie popadajmy w skrajności ;)

No tak, "Raport" był dobry, ale pomysł jest Philipa K. Dicka, więc niezupełnie się liczy. Podobnie jak "V jak vendetta" - komiks jest z lat 80. "W stronę słońca" nie widziałam, ale sądząc po streszczeniach nie można nazwać tego filmu intelektualnie prowokującym. "12 małp" i "Ludzkie dzieci" chyba najlepiej sprawdzają się jako "myślące" SF. No i "Battlestar Galactica", ale to serial, więc się nie kwalifikuje.

Myślę, że kino tego typu przeżywa obecnie kryzys spowodowany tym, że jakość scenariuszy nie umywa się do jakości efektów specjalnych. Toteż kręci się mierne fabularnie teledyski. Kiedy ludziom się już opatrzą wspaniałe plastycznie wizje, będzie trzeba zacząć myśleć. Ale to chyba jeszcze nie ten moment.

Co jak co ale "W stronę słońca" to znakomity film.

Muszę koniecznie obejrzeć :)

Wniosek: "Ludzkie dzieci", "W stronę słońca" do schowka, a Star Trek na później ;)

Pozwolę sobie być jedynym anty w stosunku to "W stronę słońca". Tak dla równowagi ;)

1. Technicznie i fizycznie piramidalna bzdura.
2. Motyw psychologiczny naprawdę nie jest najwyższych lotów ani oryginalności.
3. Już zupełnie subiektywnie: momentami nudny i przewidywalny.

Oj, nie jesteś jedyny. Tutaj: http://filmaster.pl/film/sunshine/ widzę spore zróżnicowanie opinii.

Faktycznie, choć chyba większość ocen z górnej części dziesiątki.
Natomiast chodziło mi głównie o ten wątek ;)

A ja i tak obejrzę, muszę sobie wyrobić jakieś zdanie. :)

Na pewno warto. Ze starszych tytułów polecam też "Kontakt" z Foster, chyba że już widziałaś.

Mam taką teorię (stworzoną o pierwszej w nocy). Zauważcie, jak kierowała się w ciągu wieków wyobraźnia ludzka - już od średniowiecza, przez renesans, romantyzm, pozytywizm i co tam jeszcze zapomniałam z nauk licealnych, następowały po sobie epoki zwrotu ku nauce i ku fantazji (magii, jeśli wolicie). Lata siedemdziesiąte, osiemdziesiąte, to był zdecydowany okres nauki. A teraz? Pomyślmy, co święci największe triumfy - Władca Pierścieni, Harry Potter, Narnia, Burton, ostatnio Most do Terabithii itp. itd. W literaturze, wśród moich znajomych króluje Pratchett, podczas gdy o Cardzie czy Dicku mało kto pamięta. Wniosek - obecnie weszliśmy w okres zainteresowania magią. On minie, za 5 lat, za 10, a może za 2. I znowu wszyscy zakochają się w statkach kosmicznych i szeroko pojętej nauce. Ku radości miłośników s-f i mojemu prywatnemu zniesmaczeniu ;)

Aquilla: to nawet nie tyle teoria co fakt historyczny ;) Jest coś takiego jak sinusoida wahająca się od czasów rozumu do czasów bardziej, powiedzmy, duchowych i fantastycznych i z powrotem. To info sprzedawane na samym początku kształcenia z historii sztuki.

A tak na zupełnym marginesie: u mnie na półce Pratchett stoi obok Carda i Dicka. Chyba jakiś dziwny jestem ;)

U mnie też tak wygląda półka - jeno Carda mało, bo ciężki do zdobycia ;) A co do teorii - pamiętam, że babka z polskiego mówiła nam, że teraz jest takie pomieszanie z poplątaniem, że nie można wyróżnić, jakim torem teraz idziemy - cóż, pomyślałam i nie zgadzam się :)

Jest trochę na Allegro, ale mało i najczęściej używane. Z Dickiem jest jeszcze gorzej, bo nie ma prawie w ogóle. Od dawna próbuję upolować "Ramę" chociażby :/

Z tym pomieszaniem to o tyle mógłbym się zgodzić, że wcześniej istotne wydarzenia i odkrycia potrafiły radykalnie zmienić sposób patrzenia na świat i ludzi. Teraz postęp jest nie tyle wolniejszy, co mniej zaskakujący. Nawet ostatnio znalezione tzw. brakujące ogniwo ewolucji jakoś szerszym echem się na razie nie odbija ;)

Co z kolei rodzi pytanie: co może być tym wstrząsem, który spowoduje zmianę? Stawiałbym na udane Euro 2012 (namacalne świadectwo istnienia cudów - wtedy może obejdzie się bez zniesmaczenia ;]).

No i myślę, że niezłym wstrząsem byłoby spełnienie proroctwa Majów: 12.XII 2012 kończył im się kalendarz, do tego zapowiadali koniec świata. Naukowcy oszacowali na podstawie zmian pola magnetycznego Ziemi, że około 2012 roku powinno zamienić się biegunami - nie wiedzą co to oznacza, ale na pewno nic dobrego. Jeśli uda się Euro 2012, a potem nastąpi koniec świata -- ludzkość pewnie będzie zaskoczona ;)

Jak już wstrząsać to przynajmniej konkretnie ;]

Tak z ciekawości: zamienić biegunami? Tak pyk i już? :| Masz jakieś źródła? Na logikę to cała nawigacja wtedy poszła by się...

Chyba, że to byli ci sami naukowcy co ci od wody całego świata w bardzo długiej rurce? :P

Nie, nie, źródeł nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że czytając o dowodach na zmianę biegunów odniosłem wrażenie, że cała teoria jest mniej-więcej tak samo hipotetyczna jak globalne ocieplenie. Gdzieś tam na podstawie zastygłych igiełek magmy, które na przełomie tysięcy lat zmieniały kierunek (to znaczy zastygały coraz to w innym kierunku) oszacowano cykl magnetyczny ziemi na jakieś kilkadziesiąt tysięcy lat. I wypada to dokładnie we środę ;] Ale na SF się temat nadaje, no nie?

Ha ha! Nic nowego pod Słońcem, powiada Kohelet ;)

A propos Dicka to posiadam kilka tytułów.
Gdyby ktoś chciał pożyczyć, kupić, wydzierżawić, dotknąć to proszę o info na PW ( mieszkam w Wawie ):
O ile dobrze pamiętam na półce stoją:

"Dr. Futurity" ( nigdy nie czytana, kupiona jako nowa )
"Klany księżyca Alfy " ( używana, stan dobry )
"Nasi przyjaciele z Frolixa 8" ( nigdy nie czytana, wygląda jak nowa )
"Valis" - ( kupiona jako nowa, nigdy nie czytana )

oraz "Boża inwazja Życie Philipa K. Dicka" Laurence'a Sutin'a ( kupiona jako nowa, przeczytana raz :) )

Aquilla: jeśli chodzi o Pratchetta, to wydaje mi się, że jest w nim znacznie więcej science, niż można podejrzewać. :) Oczywiście są tam magowie i smoki, ale opisywane są procesy społeczne, zjawiska kulturowe, ewolucja społeczeństw. Pod tym względem Pratchett przypomina mi trochę Dukaja, o którym mówi się przecież, że pisze SF.

Mało które czasy są tak paradoksalne jak nasze - postęp naukowy jest niebotyczny. Zarazem Richard Dawkins bije na alarm z powodu wzrostu zainteresowania różnego rodzaju zabobonem. I wydaje mi się, że ta tendencja będzie rosła, bo nikt już nawet nie próbuje zrozumieć, czym zajmują się naukowcy i inżynierowie. Przyjmuje się tylko jako fakt, że technicznie możliwe jest prawie wszystko. Podobnie jak przyjmuje się, że istnieje Święty Mikołaj. To nie jest atmosfera, w której kwitnie racjonalizm. Myślę, że czeka nas jeszcze wiele świetnych filmów fantasy a na rakiety w kinach trzeba będzie trochę poczekać.

Esme: mam podobne obawy (bo chyba słusznie doczytuję się ich w Twojej wypowiedzi?) jak Ty, choć może nie aż tak daleko idące. Po lekturze Dawkinsa faktycznie można złapać się za głowę i zapytać "co wy wyprawiacie ludzie", ale z drugiej strony zwróć uwagę, że jednak coraz więcej zjawisk naukowych rozgryza się od podszewki. Coraz więcej dawnych niewiadomych staje się oczywistościami. Ja osobiście czekam na ten jeden niepodważalny dowód, że nauka i technika nie "działa, bo działa, ale nie wiemy czemu" tylko, że działa bo to wszystko ma swój sens na poziomie, bo ja wiem, kwantowym.

Myślę, że nie jestem w tym odosobniony. Więcej - mam nadzieję, że ten traktowany wcześniej żartobliwie wstrząs może być właśnie czymś co ten racjonalizm nieco poszturcha w bok, żeby się trochę postarał ;)
Kto wie jak to się odbije na kinie :)

No, nie chciałam żeby to zabrzmiało tak dramatycznie, ale obawy owszem... Obawiam się, że jak ktoś w końcu odkryje teorię wszystkiego, to nikogo to nie będzie już obchodzić, bo zabawniejsze są świecące myszy. Ale widzę, że jest przynajmniej jedna osoba, którą będzie, więc już mi lepiej. :)

A kino? Sama jestem ciekawa ;)

PS. Dociekania na temat tego, co może być wstrząsem cywilizacyjnym w przyszłości to czystej wody SF. Więc Steelman nie ma racji, że SF już nie ma :D

Dodaj komentarz