Jak powstaje ocena filmu

Data:

Każdy w indywidualny sposób określa wartość filmu. U mnie, wszystko zmienia się z wiekiem. Parę lat temu najwyżej ceniłem stare polskie i angielskie komedie. Teraz też je lubię, ale niekoniecznie uwielbiam. Teraz potrzebuję w filmie odnajdować głębsze uniwersalne wartości. Jeśli takowych nie ma, film uznaję za niepotrzebny. Nadal komedia może być doskonałym filmem, ale musi mieć to drugie dno. A naprawdę, zdarzają się nawet komedie i horrory ze znakomitym przekazem.

Wiek ma istotne znaczenie. Zupełnie inaczej odbieramy ten sam obraz po latach. Zauważamy więcej szczegółów i odnajdujemy inny sens tych samych dialogów. Istotne jest też nasze samopoczucie konkretnego dnia gdy oglądamy film, nie wspominając nawet o oglądaniu po 5 piwach. Znaczenie ma też godzina seansu. "Pulp fiction" oglądany o 3 w nocy, a podawany wypoczętemu mózgowi o 11 rano albo o 17 po południu to zupełnie inne filmy. Inaczej też ogląda się film samemu, a inaczej w gronie znajomych. Zwłaszcza komedia lepiej prosperuje w większym towarzystwie. Odbiór może zmienić też naturalnie marnej jakości kopia filmu, albo lektor zamiast napisów. No i miejsce jest ważne. Inaczej ogląda się Matrixa w kinie, a inaczej w stodole .

W pełni się zgadzam - jest mnóstwo czynników wpływających na odbiór i ocenę filmu.
Jak pewnie każdy maniak filmowy, bawię się we własne zestawienie filmów. Ograniczam się do jednej łącznej oceny za całokształt i nie dzielę filmów na gatunki. Średnio raz na miesiąc, na dwa, uaktualniam swoją listę. Pomijając fakt, że za każdym razem pojawiają się w tym zestawieniu filmy, do których dopiero docieram, to i tak ta lista, czasami, mocno się zmienia na przestrzeni kilku miesięcy. I często jest to efektem jednej chwili, w której sobie uświadamiam, że jednak błędnie film interpretowałem lub po prostu inaczej, lub czegoś nie dostrzegłem etc.

Kontynuując myśl: wspomniany powyżej Pulp Fiction, jeszcze 5 lat temu był u mnie w ścisłej dziesiątce, w tej chwili w ogóle nie biorę go pod uwagę. Nie przekonuje mnie nic, co w tym filmie jest zawarte. Połączenie trzech oddzielnych wątków w całość zademonstrował sporo wcześniej Kondratiuk w filmie "Jak zdobyć pieniądze, kobietę i sławę". "Jak zdobywano Dziki Zachód" składało się z pięciu wątków - sporo je łączy, ale i trochę dzieli. Tak więc ten zabieg nie był precedensem. Treść filmu: czy to motyw nawróconego (nieco dziwnie nawróconego gangstera, boksera, który chciał wykiwać mafię, a jednocześnie za wszelką cenę chciał zachować zegarek oraz filmowe konsekwencje tego motywu, a już zupełnie, wspólny wieczór gangstera z żoną jego bossa, nie przekonują mnie. Cała obróbka filmu, dialogi, aktorstwo - może i są dobre (interesujące), ale za całokształt nie jestem w stanie dać filmowi zbyt dobrej noty.
Filmy oparte na motywie zemsty, choćby były najefektowniej zrealizowane, też nie znajdą już raczej miejsca na mojej liście; chyba, że poza zemstą mają jeszcze inny przekaz, jak np. "Tropiciele". Do filmów tego typu (motyw zemsty za całą treść) należą: Kill Bill, Człowiek w ogniu, Uprowadzona. Temat oklepany i żadne zabiegi związane z efektami specjalnymi czy zakręconą pokombinowaną akcją, quasi-dowcipnymi dialogami nic tutaj nie pomogą.
To jest oczywiście moje zdanie, mój sposób oceny filmu.

Na efekty specjalne w filmach prawie nie zwracam uwagi. Na dobrą sprawę, mogłoby ich nie być w większości filmów. I dziwna rzecz, że w czasach, gdy w porównaniu z dzisiejszymi możliwościami technicznymi efekty wydają się czasami śmieszne, wtedy prezentowaly się najlepiej. Bo wówczas, te 40, 50 lat temu, efekty dopełniały treść, natomiast dzisiaj są tylko dla samych siebie. Może statystycznemu współczesnemu odbiorcy to wystarcza, ale mnie wręcz denerwuje. Twórcy dbają o detale, o bajery dobre dla dzieci, zapominając o treści filmu. W ogóle, momentami mi się wydaje, że w dzisiejszym kinie treść zupełnie się nie liczy; że ważna jest tylko rozrywka, w dodatku na coraz gorszym poziomie. I przemoc - coraz bardziej wyrazista, bardziej ekstremalna, niemal apoteoza przemocy. Nie podoba mi się to w kinie i martwi mnie. Bo kino kształtuje wielu ludzi, a jeśli ci ludzie dostają twory pełne przemocy, efektów i knajackiego dowcipu (czego zresztą oczekują) to do niczego dobrego to nie doprowadzi.

Po obejrzeniu pewnej liczby filmów, czas na małe podsumowanie. Jak większość filmowych maniaków, prowadzę własną listę. Ograniczam się do 400 miejsc, bo dalej trudno już nad tym zapanować. Oczywiście, na bieżąco oglądam kolejne filmy, wielu ważnych dzieł na pewno jeszcze nie widziałem, ale wydaje mi się, że pierwsza piątka najlepszych filmów, wg moich kryteriów, raczej zanadto się nie zmieni. Średnio raz na miesiąc aktualizuję listę, ale czołówka trzyma się mocno. Z czasem pewnie zamieszczę dłużsży ranking.
Pięć najlepszych filmów wszech czasów moim zdaniem:
1. 2001: Odyseja kosmiczna (Stanley Kubrick)
2. Pieśni z drugiego piętra (Roy Andersson)
3. Dzień świstaka (Harold Ramis)
4. Piętno śmierci (Akira Kurosawa)
5. Niebo nad Berlinem (Wim Wenders)
Zapraszam do dyskusji.

Pierwsza dziesiątka filmów wszech czasów na koniec marca 2011
1. 2001: Odyseja kosmiczna (Stanley Kubrick)
2. Pieśni z drugiego piętra (Roy Andersson)
3. Dzień świstaka (Harold Ramis)
4. Piętno śmierci (Akira Kurosawa)
5. Niebo nad Berlinem (Wim Wenders)
6. Dogville (Lars von Trier)
7. Rashomon (Akira Kurosawa)
8. Ścieżki chwały (Stanley Kubrick)
9. Harakiri (Masaki Kobayashi)
10. Człowiek, który spadł na Ziemię (Nicolas Roeg)

Dodaj komentarz